sobota, 12 grudnia 2009

Recepta na szczęście

Przeglądając w komputerze jakieś 125 stron "ulubionych" znalazłam link, którym postanowiłam podzielić się ze wszystkimi dołowanymi, zestresowanymi i sfrustrowanymi. Ku pamięci.
Szczęśliwi naprawdę

czwartek, 10 grudnia 2009

Lewica z tradycjami

"Wygląda jak Pałac Zimowy po najeździe bolszewików"
- powiedział Andrzej Barański z życzliwą zadumą, porównując Nowy Wspaniały Świat, siedzibę Krytyki Politycznej, do mieszczącej się kiedyś w tym miejscu kawiarni Nowy Świat (w wiedeńskim stylu).

niedziela, 6 grudnia 2009

Pruszków i Wołomin

Zapoznałam się z żoliborską policją. Składałam zeznanie w sprawie pobicia. Zaproszenie z komisariatu dostałam telefonicznie, wysiadając z tramwaju. Bardzo miło pogadaliśmy z dyżurnym, umówiliśmy się, że podjedzie po mnie policjant w cywilu. Faktycznie, wpadł na skrzyżowanie z piskiem opon, zamachał legitymacją (gdyby to była powieść Chmielewskiej, miałabym już ognisty romans) i pognaliśmy przez wieczorne ulice. Sytuacja była sprzyjająca, żeby pogadać.

- Zapiąć pasy?
- Nie, nie trzeba.
- Hehe, najbezpieczniej jeździć z policją.
- Ja wiem, czy najbezpieczniej...
- Ale można nie przestrzegać przepisów. A mogę zapytać, ile takich cywilnych patroli jeździ po Żoliborzu?
- Wie pani, kilka jeździ, ale to mała dzielnica i ludzie szybko orientują się, kto jest z policji.
- Tak?
- Po dwóch tygodniach wiedzą, że jeździmy fiatem punto, poza tym one mają takie policyjne kolory - jeden jest granatowy. No i mamy dość nietypowe rejestracje jak na Żoliborz...
- ???
- Jedna jest z Pruszkowa, a druga z Wołomina.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Samotni nie chorują

Usiłowałam ostatnio ubezpieczyć się w NFZ. Nie przeczę, że trochę z powodu świńskiej grypy - jak widać zawód nie stanowi tu żadnej szczepionki i dziennikarze nie stają się odporni na medialny szum wokół choroby. Ale też uznałam, że dla ogólnie pojętego bezpieczeństwa czas wrócić na łono państwowej służby zdrowia. Pracuję na umowę o dzieło, firmy bez dotacji zakładać nie zamierzam (to osobny temat - ów wychwalany "preferencyjny" ZUS jest preferencyjny dlatego, że uszczuplony o składkę emerytalną. Oznacza to, że przez dwa lata pracuje się bez jakichkolwiek inwestycji we własną przyszłość), dlatego pozostała mi dobrowolna składka na fundusz. Trwałam w przekonaniu, że będzie niewielka. W końcu jakie usługi, taka zapłata.

Zadzwoniłam do infolinii ZUS. Odebrała - wbrew stereotypom - bardzo miła pani. Wyjaśniłam, o co chodzi.

- Pracuję na umowę o dzieło, chciałabym się ubezpieczyć w NFZ.
- Czy ma pani męża?
- Niestety, nie.
- W takim razie może pani opłacać dobrowolną składkę na NFZ. Dokładną kwotę podadzą pani w funduszu, ale będzie to około 300 zł miesięcznie.

- ????!!! A czy nie ma możliwości, żeby ubezpieczyć się jakoś inaczej? Na rodziców?
- Skończyła pani 26 lat?
- Tak.
- W takim razie może pani być dopisana tylko do ubezpieczenia męża.
- Ale ja nie mam męża, przecież to nie moja wina, gdybym mała męża mogłabym ubezpieczyć się za darmo, nie rozumiem, czy jest jakiś obowiązek wychodzenia za mąż po 26. roku życia?
- Nie, oczywiście, że nie, dlatego ma pani inne możliwości. Jeśli jest pani bezrobotna, może pani ubezpieczyć się w urzędzie pracy, jeśli jest pani rencistką, ubezpieczy panią urząd gminy, a w innych przypadkach może pani opłacać dobrowolną składkę.

Koniec. Gdybym była bezrobotna, nie miałabym problemu. Pracuję, zarabiam na siebie - mam problem. Gdybym była mężatką, zostałabym ubezpieczona za darmo. W obecnej sytuacji muszę płacić 300 zł, co jest dla mnie sporą kwotą.

Doszłam do wniosku, że to szczególny rodzaj polityki prorodzinnej. Względy ekonomiczne wymuszają wręcz zamążpójście - mieszkanie wynajmowane we dwoje jest proporcjonalnie tańsze, oszczędniej gotuje się dla par, no i to ubezpieczenie. Nikomu chyba nie przyszło do głowy, że nie wszyscy wychodzą za mąż tuż po ukończeniu studiów. I że obrzydliwie bogate singielki trafiają się tylko w filmach, a samotne życie bywa wystarczająco smutne i szare. Naprawdę, nie trzeba pogłębiać trudności horrendalnymi kwotami na ochronę zdrowia. W końcu rodzice to wciąż rodzina - czemu nie ubezpieczyć się na nich?

Ale nie będę o tym rozmyślać, bo to szkodzi zdrowiu. W depresję też nie popadnę. W końcu żeby mieć refundowane leki i szpital, musiałabym najpierw wpłacić te cholerne 300 zł.

wtorek, 17 listopada 2009

Blokada twórcza

Natknęłam się ostatniego na bloga, w którym znalazłam takie oto inspirujące wpisy z książki Hugh MacLeoda:

Nie zdziwiłbym się, spotkawszy człowieka, który napisał arcydzieło na odwrocie jadłospisu w barze szybkiej obsługi. Natomiast spotkanie człowieka, który napisał arcydzieło srebrnym piórem wiecznym od Cartiera przy antycznym stoliku w przestronnym lofcie w modnej okolicy byłoby prawdziwą niespodzianką. - Hugh MacLeod "Ignore Everybody" (43)

Blokada twórcza jest tylko symptomem uczucia, że nie masz nic do powiedzenia, połączonego z raczej dziwacznym przekonaniem, że powinieneś czuć potrzebę powiedzenia czegoś istotnego. - Hugh MacLeod "Ignore Everybody" (100)

Ucieszyłam się szczerze. Po pierwsze, nie mam loftu ani nie mieszkam w modnej dzielnicy. Niestety, zdarza mi się jadać w kawiarni Czytelnika, co zmniejsza moje szanse na arcydzieło. Chociaż wolę bar Sady prowadzony przez Społem na Sadach Żoliborskich. Dobre i to.

Po drugie, ulżyło mi. To, że przez długi czas nic nie pisałam, nie oznaczało blokady twórczej i konieczności skorzystania z porady psychologa. Po prostu nie miałam nic sensownego do powiedzenia. I tego się trzymajmy. Z taka postawą przy sporej dozie szczęścia mam szansę coś dorzecznego w przyszłości napisać. A jak nie, to przynajmniej oszczędzam pieniądze na mieszkaniu i jedzeniu.

sobota, 19 września 2009

Czwarta godzina

Czytam nową książkę Moniki Piątkowskiej "Nikczemne historie". Przeczytałam tam takie zdanie (cytowane z pamięci), powtarzający się zresztą w literaturze motyw:

"była czwarta, odwieczna godzina złodziei i kochanków"

Zastanowiło mnie, że ta pora doby nigdy dla mnie nie zaistniała. Jeśli byłam na nocnych imprezach - zazwyczaj kończyły się albo przed trzecią, albo po piątej. Jeśli byłam w domu - nawet po częściowo zarwanej nocy już spałam. W podróży? Nie zdarzyło się, abym wysiadała z pociągu w okolicach godziny czwartej. Nie wiem, jak wygląda świat o tej porze.

Być może wynika to z faktu, że nigdy nie byłam ani kochanką, ani złodziejką. A może odwrotnie - nie zostałam kochanką czy złodziejką, bo nie doświadczyłam godziny czwartej i nie rzuciła na mnie swojego przeklętego uroku?

środa, 16 września 2009

Przegląd prasy kobiecej

Zrobiłam sobie prasówkę zeszłomiesięcznych kolorowych gazet. Otworzyłam "Twój Styl". Moją uwagę przykuła okładka - rewolucyjna, jak zapewniają wydawcy. Trzy sławne piękne kobiety bez makijażu. No, może z makijażem szczątkowym, czyli lekkim podkładem i błyszczykiem. Ale za to bez Photoshopa.

W środku wypowiedzi bohaterek sesji. Danuta Stenka mówi o potrzebie naturalności i o tym, że bez obsesji dba o siebie. Parę stron dalej odpowiada na pytania - rodzaj kwestionariusza Prousta dostosowanego do potrzeb TS.

"Piękna kobieta to znaczy..."
zadbana, smukła, zgrabna i przed czterdziestymi urodzinami. Dobrze, by była silna, ale też delikatna, uległa, romantyczna. Koniecznie musi mieć długie nogi, regularne rysy i miseczkę B - najskromniej".

Przypomniał mi się stary dowcip o tym, jaki powinien być idealny mężczyzna: czuły, silny, zdecydowany, wrażliwy, uczuciowy, twardy, wypielęgnowany, męski... Z szacunku dla inteligencji Danuty Stenki wierzę, że zrobiła sobie żart z niezbyt mądrego zestawu pytań. Ale w wyimkach kolejnych artykułów TS ironii już nie widzę. Otóż, w poszukiwaniu recepty na dobre życie przeglądam dział poświęcony psychologii. W tekście o asertywności wytłuszczone:

"Stawiasz w życiu na siebie? Nie dziw się, że jesteś na siebie skazana. I samotna".

Zgadzam się, oczywiście. Cóż z tego, kiedy kilka stron dalej czytam:

"Jeśli poświęcasz cały czas i energię innym, zaniedbujesz najważniejszą osobę: siebie".

I bądź tu kobieto mądra.

Sposób redagowania lifestyle'owych (i nie tylko) pism znam doskonale. Zasada jest prosta: najpierw bierzemy tezę, potem dopasowujemy do niej rzeczywistość. Dlatego niech was ręka boska broni przed dawaniem wiary w porady popularnych pism. Ani przez chwilę nie myślcie, że znajdziecie tam choćby ułamek sposobu na życie. Przypominam sobie takie zdarzenie w jednej z redakcji: kolega biedził się nad tekstem, który musiał wychwalać zalety pewnego muzycznego gadżetu (względy marketingowe). Klnąc na czym świat stoi, wymyślał co ładniejsze frazy. Przeglądając jego tekst przed zesłaniem, przeczytałam:

"Zabieramy Cię w podróż w poszukiwaniu wewnętrznej wolności, w której dźwiękiem wyrazisz siebie...".

Ja sama mam na koncie niechlubną sytuację, kiedy to musiałam napisać felieton w pierwszą rocznicę śmierci Jana Pawła II. Dlaczego ja? Ano pewnie dlatego, że chodzę do kościoła. Natomiast obce jest mi stawianie wszelkich pomników, także tych słownych. Ze wstydem więc przeczytałam następnego dnia własne słowa o smsach krążących między Polską i Amsterdamem (gdzie mieszkałam w kwietniu 2005 roku) i o pokoleniu, które w ten sposób żegnało swojego Ojca...

Jaki to wszystko ma wpływ na ludzi? Znam pewną parę, znakomite małżeństwo o długim stażu. Ostatnio coś się między nimi psuło. Okazało się, że poszło o... zjazdy Naszej klasy. O których żona czytała w prasie, z przerażeniem śledząc historie odnawianych romansów i rozpadających się związków. Można skrytykować: nie zna życia. Nie wie, że nie wolno wierzyć kolorowym pismom. Żyjemy jednak w kulturze, w której słowo pisane tradycyjnie ma wysoką pozycję. Dopiero na filologii dowiadujemy się, że nastąpiła śmierć autora i że wszystko, co piszemy, to zlepek cytatów, za które nikt nie ponosi odpowiedzialności. A wiedza o manipulacji w mediach też nie jest powszechna - inaczej nie mówiono by o niej na zajęciach z dziennikarstwa.

Moi znajomi nie studiowali filologii ani dziennikarstwa. Nie pracowali też w mediach - jak ja i parę czytelniczek tego bloga. Dlatego nie wiedzą, czym to pachnie. Jeśli oczywiście o zapachu w tym przypadku można mówić.