Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Wyborcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Wyborcza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Kryzys nie całkiem z klasą

Kot, wierna czytelniczka tego bloga, na którą zawsze można liczyć - czy to jeśli chodzi o walenie prawdy między oczy, czy walenie przeciwnika na matę - opierniczyła mnie ostatnio, że nic tu nie piszę. Fakt, zaniedbałam się blogowo. Skłonił mnie do tego ogólnoświatowy kryzys, który - przynajmniej w teorii i tłumaczeniach - stał się przyczyną mojego kryzysu pracowego, a ponadto mój prywatny osobisty kryzys. Oba na długo wyparły ze mnie zdolności twórcze. Ale wracam.

Co do prywatnych kryzysów, to bywają o tyle pożyteczne, że można je wykorzystać dla dobra ogółu. Otóż w ostatniej sobotniej - a jakże - "Gazecie Wyborczej", w artykule Katarzyny Staszak, czytamy:

"Gdy odkryłam, że J. mnie zdradza, bolałao [...] Ze stresu nie mogłam spać. Postanowiłam się ratować. Psychiczna udręka zabrała mi sen, to może fizyczna przywróci? Kupiłam buty, wcześnie rano wybiegłam".

Niegdyś dyżurnym agorowym specjalistą od akcji społecznych był Piotr Pacewicz. Przy całym szacunku dla redaktora, zastanawiałam się czasem, czy nie nudzi mu się (i nie myli...) pisać a to o bieganiu, a to o rodzeniu po ludzku, a to o umieraniu z klasą. Ale pan Pacewicz pisał obiektywnie i w dawnym dziennikarskim stylu, o idei raczej, o zjawisku, a nie o ludziach. Żadnych wycieczek osobistych - może dlatego pozostał dla mnie w pewnym stopniu na piedestale i kiedy na Czerskiej wyszedł do holu, gdzie przyjmuje się gości, i przedstawił mi się "Piotr Pacewicz", nie byłam w stanie wybąkać, że czekam, owszem... ale na kogoś innego.

Potem o bieganiu zaczęła pisać Magdalena Żakowska. Zwierzała się, że ma małe dziecko i może biegać tylko wtedy, kiedy jej mąż zajmuje się chłopcem. W ten sposób dowiedziałam się, że wybitny dziennikarz Jacek Żakowski jest ojcem malca. W porządku, nie musi stać na piedestale, chociaż trochę głupio wdeptywać w życie osobiste kogoś, u kogo chętnie pouczyłabym się warsztatu.

Teraz Katarzyna Staszak, aby zachęcić ludzi do maratonu, przedstawiła historię swojego nieudanego związku. Z zaskoczeniem przeczytałam o toksycznym facecie J., który robił jej wymówki, że nie jest artystką wolnego ducha i zawodu, a więc nie może odbierać jego telefonów w porze, kiedy ma zebranie redakcyjne. I o tym, że J. zdradził autorkę tekstu z babką, która miała większe piersi. Cały opis był po to, żeby pokazać, jak bieganie ma zbawienny wpływ nie tyle nawet na figurę (tu akurat protestuję, jako wieloletnia wielbicielka sportu stwierdzam, że może ma zbawienny wpływ, ale na pewno nie na rozmiar piersi, które, jak wiadomo, składają się głównie z tkanki tłuszczowej - a ta dziwnie zanika po ćwiczeniach kardio), ale i na psychikę.

Pytanie tylko, dlaczego aby poznać taki truizm, musiałam przebrnąć przez opisy intymnych problemów dziennikarki. Dlaczego Gazeta - na własne życzenie i korzystając z zasobów własnego ogródka - robi z siebie tabloid? Czy w końcu przeczytamy, jak Odchudzanie z klasą (czyli akcja Odważ się) wpływa na pożycie seksualne uczestników - dziennikarzy?

Ale może ja jestem starej daty? Wciąż bowiem uważam, że gazety powinny pisać o sprawach, które interesują wszystkich - a nie tylko wścibskich znajomych biegaczki. I że dziennikarz powinien być w dużym stopniu przezroczysty i przynajmniej pozornie ukryty za niusem, reportażem czy wywiadem.

Tak czy inaczej, mimo że spadek gospodarczy dał mi się we znaki, w prasie nietabloidowej wciąż wolę poczytać o kryzysie ekonomicznym, niż o nawet najbardziej palących dziennikarskich kryzysach osobistych.

niedziela, 25 stycznia 2009

Kantata dla Agory

Proszę znaleźć dziesięć różnic:

"Twórczość Rubika w żadnym aspekcie nie jest materiałem, który mógłby zainteresować badacza muzycznej teraźniejszości. To hochsztaplerka, niestety, bardzo charakterystyczna dla naszych czasów. I niebezpieczna, bowiem kompozytorzy wszelkiej maści muzyki "lekkiej, łatwej i przyjemnej" coraz częściej zostają namaszczani przez media i wytwórnie płytowe na twórców muzyki poważnej, którym udaje się odnieść sukces komercyjny. Bzdura."

i

"Piotr Rubik to jeden z najpopularniejszych polskich kompozytorów muzyki instrumentalnej, teatralnej i filmowej. Jego koncerty gromadzą tłumy, a płyty sprzedają się jak "świeże bułeczki".

Oba cytaty pochodzą z "Gazety Wyborczej". Pierwszy to fragment artykułu Jacka Hawryluka "Publiczność chętnie da się nabrać” (GW nr 254 z 30.10.2006), wyjątkowo ostrej, nawet jak na standardy Gazety, krytyki kompozytora "sacro-disco". Drugi cytat jest reklamą "Wielkiej kolekcji" przebojów Piotra Rubika ukazującej się obecnie w... "Gazecie Wyborczej".

Niespełna dwa lata temu na łamach GW roiło się od artykułów wyszydzających Rubika. Dziennikarze - oprócz Hawryluka m.in. Handzlik i Sankowski - operowali określeniami typu: kicz, pioseneczka, badziewie, obciach, i stawiali kompozytora kantat w jednym szeregu z Dodą i Ich Troje. Trend był tak silny, że z moją ówczesną współlokatorką - jakkolwiek nie jesteśmy fankami Rubika - współczułyśmy artyście i zastanawiałyśmy się, komu musiał się narazić (lub jak lukratywny kontrakt podpisać), że aż tak obrywa od Agory.

Zakładam, że ów domniemany kontrakt został zerwany. Dziś to na Czerskiej wydawane są utwory Piotra Rubika. "Gazeta Wyborcza" strzeliła sobie wyjątkowo pięknego samobója, decydując się na ten muzyczny dodatek i "zapominając" o własnej nagonce sprzed półtora roku. Moje pierwsze przypuszczenie było takie: wykończona kryzysem Agora postanowiła podreperować sprzedaż, a więc pochlebia masowym gustom. Dziś jednak pomyślałam, że równie prawdopodobna jest druga hipoteza - medialny gigant inwestuje w Rubika, żeby wkrótce zażądać kantaty na własną cześć.