Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2009

Kryzys służy kobietom

Odnoszę wrażenie, że modnie jest chwalić kryzys. Celują w tym magazyny kolorowe z górnej półki - rozmaici felietoniści podkreślają, jak to recesja pozytywnie wpływa na Polaków rozmowy (po redukcji etatów mamy więcej czasu!) oraz uzdrawia relacje rodzinne i sąsiedzkie. Wracamy do pożyczania sobie cukru i jajek, gier planszowych zamiast chodzenia po marketach, "domówek" zamiast clubbingu. Wybierzemy wakacje na Mazurach, a nie lans na Majorce.

Nawet Małgorzata Szumowska, którą skądinąd cenię i podziwiam, w którymś z pism cieszyła się, że na nowo odkryjemy smak chleba - bo ona miała już dość wychodzenia z przyjaciółmi na nowobogackie sushi.

Postanowiłam iść za tym trendem i sporządzić własną listę plusów kryzysu. Oto ona:
1) wprawiłam się w robieniu naleśników i racuchów – szczególnie polecam te z rabarbarem
2) po 20 latach przypomniałam sobie smak pasztetowej
3) do Warszawy jeżdżę nie ekspresem, ale 5-godzinnym pospiesznym; dzięki temu miewam okazję do ciekawej dyskusji, bo pasażerowie nie wpatrują się w laptopy. Inna sprawa, że ja sama też nie mogę wgapiać się w laptopa, chociaż czasem chciałabym popracować. Jednak PKP odgórnie zakłada, że w pospiesznych nie ma prądu w gniazdkach. Kiedyś konduktor omal nie wybuchnął śmiechem, gdy o to zapytałam
4) przy okazji wizyty w urzędzie pracy (dotacje na firmy zablokowane do grudnia) wreszcie odwiedziłam na dłużej Mamę.

Poza tym – jak to ustaliłyśmy z koleżankami – kryzys służy kobietom. Wystarczy spojrzeć na Katarzynę Grocholę, Małgorzatę Kalicińską czy choćby archetypiczną J.K. Rowling. Wszystkie w pewnym momencie znalazły się na dnie kryzysu, osobistego i zawodowego. I wszystkie wykaraskały się z niego same, pisząc bestsellery i zarabiając na nich krocie. Pluję sobie w brodę, że nie wykorzystałam należycie kryzysowych miesięcy, bo nawet z tak wyrywkowej analizy branży wydawniczej wynika, że miałam dużą szansę na zostanie pisarskim krezusem.

Teraz jednak – jak podpowiada moja intuicja – kryzys dobiega końca. Z przyjemnością zobaczyłam też na ekranie w metrze, że potwierdza to jakiś znany spec giełdowy. Dlatego podsumuję gazetowe felietony, korzystając z własnego doświadczenia.

Otóż, drodzy państwo, strzelacie sobie samobója. Kobieta, która ma jeszcze pracę, zasuwa jak szalona, żeby etatu nie stracić. Na uzdrawianie więzów i wyprawianie "domówek", niespecjalnie ma czas. Tym bardziej na lekturę kolorowego pisma. A kobieta, która już straciła pracę i żyje albo z zasiłku, albo ze skromnych umów o dzieło – jest zbyt zdołowana czy zaganiana, żeby organizować powyższe aktywności. A kolorowego magazynu po prostu nie kupi, bo za drogo. I ani wydawca nie zarobi, ani ona nie dowie się, że w gruncie rzeczy powinna cieszyć się ze swojej, jakże modnej, sytuacji.

A dodam jeszcze, że w przeciwieństwie do moich lepiej sytuowanych rówieśników – nie mam przesytu smakiem sushi. Co więcej, zdarzyło mi się spróbować specjału tylko ze trzy razy w życiu. Dlatego – chociaż uwielbiam świeży chleb – po zakończeniu recesji wybiorę się na ryż z wodorostem i surową rybą. Najchętniej do warszawskiej knajpki mojego kuzyna, który rodzinie daje 30 proc. zniżki. Mimo wszystko, oszczędzać trzeba. Co jak co, ale to, że przyjdą kolejne kryzysy – mamy jak w banku.

I może wtedy wreszcie napiszę powieść…

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Kryzys nie całkiem z klasą

Kot, wierna czytelniczka tego bloga, na którą zawsze można liczyć - czy to jeśli chodzi o walenie prawdy między oczy, czy walenie przeciwnika na matę - opierniczyła mnie ostatnio, że nic tu nie piszę. Fakt, zaniedbałam się blogowo. Skłonił mnie do tego ogólnoświatowy kryzys, który - przynajmniej w teorii i tłumaczeniach - stał się przyczyną mojego kryzysu pracowego, a ponadto mój prywatny osobisty kryzys. Oba na długo wyparły ze mnie zdolności twórcze. Ale wracam.

Co do prywatnych kryzysów, to bywają o tyle pożyteczne, że można je wykorzystać dla dobra ogółu. Otóż w ostatniej sobotniej - a jakże - "Gazecie Wyborczej", w artykule Katarzyny Staszak, czytamy:

"Gdy odkryłam, że J. mnie zdradza, bolałao [...] Ze stresu nie mogłam spać. Postanowiłam się ratować. Psychiczna udręka zabrała mi sen, to może fizyczna przywróci? Kupiłam buty, wcześnie rano wybiegłam".

Niegdyś dyżurnym agorowym specjalistą od akcji społecznych był Piotr Pacewicz. Przy całym szacunku dla redaktora, zastanawiałam się czasem, czy nie nudzi mu się (i nie myli...) pisać a to o bieganiu, a to o rodzeniu po ludzku, a to o umieraniu z klasą. Ale pan Pacewicz pisał obiektywnie i w dawnym dziennikarskim stylu, o idei raczej, o zjawisku, a nie o ludziach. Żadnych wycieczek osobistych - może dlatego pozostał dla mnie w pewnym stopniu na piedestale i kiedy na Czerskiej wyszedł do holu, gdzie przyjmuje się gości, i przedstawił mi się "Piotr Pacewicz", nie byłam w stanie wybąkać, że czekam, owszem... ale na kogoś innego.

Potem o bieganiu zaczęła pisać Magdalena Żakowska. Zwierzała się, że ma małe dziecko i może biegać tylko wtedy, kiedy jej mąż zajmuje się chłopcem. W ten sposób dowiedziałam się, że wybitny dziennikarz Jacek Żakowski jest ojcem malca. W porządku, nie musi stać na piedestale, chociaż trochę głupio wdeptywać w życie osobiste kogoś, u kogo chętnie pouczyłabym się warsztatu.

Teraz Katarzyna Staszak, aby zachęcić ludzi do maratonu, przedstawiła historię swojego nieudanego związku. Z zaskoczeniem przeczytałam o toksycznym facecie J., który robił jej wymówki, że nie jest artystką wolnego ducha i zawodu, a więc nie może odbierać jego telefonów w porze, kiedy ma zebranie redakcyjne. I o tym, że J. zdradził autorkę tekstu z babką, która miała większe piersi. Cały opis był po to, żeby pokazać, jak bieganie ma zbawienny wpływ nie tyle nawet na figurę (tu akurat protestuję, jako wieloletnia wielbicielka sportu stwierdzam, że może ma zbawienny wpływ, ale na pewno nie na rozmiar piersi, które, jak wiadomo, składają się głównie z tkanki tłuszczowej - a ta dziwnie zanika po ćwiczeniach kardio), ale i na psychikę.

Pytanie tylko, dlaczego aby poznać taki truizm, musiałam przebrnąć przez opisy intymnych problemów dziennikarki. Dlaczego Gazeta - na własne życzenie i korzystając z zasobów własnego ogródka - robi z siebie tabloid? Czy w końcu przeczytamy, jak Odchudzanie z klasą (czyli akcja Odważ się) wpływa na pożycie seksualne uczestników - dziennikarzy?

Ale może ja jestem starej daty? Wciąż bowiem uważam, że gazety powinny pisać o sprawach, które interesują wszystkich - a nie tylko wścibskich znajomych biegaczki. I że dziennikarz powinien być w dużym stopniu przezroczysty i przynajmniej pozornie ukryty za niusem, reportażem czy wywiadem.

Tak czy inaczej, mimo że spadek gospodarczy dał mi się we znaki, w prasie nietabloidowej wciąż wolę poczytać o kryzysie ekonomicznym, niż o nawet najbardziej palących dziennikarskich kryzysach osobistych.

czwartek, 1 stycznia 2009

Merry crisis!

Polskie miasta na organizację sywestrowych imprez wydały w tym roku 2 mln zł więcej niż w roku poprzednim. Na imprezach występowały "odgrzewane" gwiazdy w stylu Modern Talking, a chałtura wylewała się ze sceny (i z ekranu TV).

A w tym samym czasie na świecie szaleje kryzys (2009 ma być finansowo ciężki i dla Polski). W Krakowie szybki tramwaj ruszył dopiero po 30 latach, a korki jak były, tak są. Warszawa nie dorobiła się drugiej linii metra, że o stadionie nie wspomnę.
Zatem no comments.

A ja bawiłam się bardzo dobrze i dość oszczędnie w gronie bliskich przyjaciół, czego i wszystkim życzę.
Merry crisis!