sobota, 27 czerwca 2009

Nazwisko Króla

Długo nie pisałam, bo byłam zajęta załatwianiem ostatnich spraw w Krakowie i przygotowaniami do przeprowadzki do Warszawy (tak, tak, już wkrótce...). Wypada jednak odnieść się do wydarzenia, które stanowi pewną cezurę w życiu dzisiejszych trzydziestolatków - czyli do śmierci Michaela Jacksona.

Właśnie, trzydziestolatków. Tak to wczoraj obgadywałyśmy z koleżanką przypadkowo spotkaną w barze wegetariańskim. Bo chociaż karierę Jackson zaczynał dużo dużo wcześniej, to przecież właśnie nasze pokolenie chowało się pod kołdrę wystraszone teledyskiem "Thriller" (program Wojciecha Manna, nazwy nie pomnę, w każdym razie jakieś ćwierć wieku temu). No dobrze, nie wiem, czy wszyscy, ale ja się chowałam. A za chwilę i tak zerkałam ciekawie w ekran TV.

Więc moje osobiste wspomnienie jest takie. "Królowi pop" zawdzięczam zdobycie pewnej popularności w pierwszej klasie podstawówki - i szybki tej popularności spadek. Otóż, w zerówce i pierwszej klasie byłam nie dość że jedną z pierwszych czytających i piszących (wiem, kujonka i nudziara;), to jeszcze potrafiłam pisać po angielsku. Co prawda odwzorowywałam literki "na małpę", ale niech tam, dobre i to.

Dlatego też koleżanki często prosiły mnie o wpisywanie w zeszycikach "Złotych myśli" (pamiętamy? pamiętamy!) nazwisk zagranicznych wokalistów. Jednym z moich popisowych numerów było zapisanie, jakże trudnego, nazwiska George'a Michaela. Jednak przy innym wokaliście wymiękłam. Nie potrafiłam sobie poradzić ze zbitką głosek "cks"? Te wszystkie litery razem? W jakiej kolejności? Nie dałam rady.

Rzeczonym wokalistą był oczywiście Michael Jackson. Tak to po raz pierwszy zetknęłam się w dzieciństwie ze sławą i siłą nazwiska "Króla". I natychmiast zostałam przez tę sławę powalona.

środa, 17 czerwca 2009

Dziś na Kleparzu...

- Majtki ci spadli!
Powiedziała jedna pani handlująca tekstyliami do drugiej.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

W dzieciństwie chciałam zostać żoną rabina…

A jeśli nie rabina, to przynajmniej pobożnego Żyda. Nie pytajcie, czemu, bo nie wiem. Być może jakąś rolę odegrała tu tęsknota jedynaczki za wielopokoleniową, rozległą rodziną? Może spodobał mi się zobaczony gdzieś obrzęd szabasu? A może to po prostu kwestia urody chłopców z Izraela. Nie wiem. W każdym razie, w miarę upływu lat i napływu wiedzy to marzenie odeszło w cień (bo jaki pobożny żyd ożeni się z chrześcijanką?), aby powrócić z całą mocą w ostatni weekend.

Otóż sobotę i niedzielę spędziłam u Ojca na działce. Ponieważ od kilkunastu lat nie mam telewizora (i nie zanosi się na zmianę), wizyty w domach któregoś z Rodziców to dla mnie okazja do podedukowania się w tym, co oglądają Polacy. A jednocześnie – bo tak się składa, że oboje mają tylko jedynkę, dwójkę i Polsat – do sprawdzenia, jak wydawane są pieniądze z moich podatków. Na misję mediów publicznych, rzecz jasna.

Trafiłam akurat na festiwal w Opolu. Ci, którzy widzieli, wiedzą, o co mi chodzi. Ci, którzy wybrali w sobotni wieczór inne rozrywki, niech się cieszą.

Zobaczyłam popis złego smaku (różowo-fioletowo-neonowy wystrój estrady), obciach (nieźli aktorzy chałturzyli tak, jakby na szali – obok ich zawodowej klasy – zawisł los cierpiącej głód rodziny) i ściemę (raper Tede jako symbol nonkonformizmu; ciekawe, czy Paktofonika wystąpiłaby w Opolu?). Oprócz tego jednak pewien występ poważnie mnie zaniepokoił. Otóż, kiedy na scenę weszli aktorzy z „Rancza”, rzucili kilkoma żartami, z których jeden brzmiał:

„Ci, którzy dobrze się bawią, niech podniosą prawą rękę. Ci, którzy źle się bawią, niech podniosą lewą rękę. A obie ręce niech podniosą Chińczycy, którzy wybudują nam autostrady”...

... i wywołał wśród publiczności dziką radość.

Zakładam z dobrej woli, że występujący nie chcieli przywołać obrazu Chińczyka przed plutonem egzekucyjnym – to byłoby zbyt makabryczne i chyba kwalifikowałoby się do postępowania karnego. Ale nadal nie rozumiem, dlaczego podstawą żartu stał się fakt bycia Chińczykiem – i dlaczego wywołał takie salwy śmiechu. Nawiasem mówiąc, nie pojmuję również, co śmiesznego w fachu budowniczego dróg. W kraju, w którym nadal mamy tylko wyroby autostradopodobne (określenie z dzisiejszej GW), tego typu umiejętności stanowią raczej powód do chwały.

Ale to nie koniec „misji” TVP. W niedzielę obudziłam się dość późno, ale na tyle wcześnie, by obejrzeć z Ojcem – zapalonym podróżnikiem – program Wojciecha Cejrowskiego. Dla wyjaśnienia – chodziło nam tylko o widoki azjatyckiego kraju, bo ani Ojciec, ani ja Cejrowskiego nie lubimy. Dziennikarz występuje bowiem w swoich programach z pozycji „białego człowieka”, przybysza z kultury wyższej (Sylwia, o ile się orientuję, pojęcie „wyższej” i „niższej” kultury dawno wyleciało z antropologii?), co akcentuje w sposób dość wyraźny. Jednym z jego obrzydliwszych zwyczajów jest przywoływanie tubylców przed kamerę kiwaniem ręki.

Taki gest – służący niegdyś do wołania służby – jest dziś na tyle niekulturalny, że przykładowo gość, który użyje go w restauracji do poproszenia kelnera, powinien liczyć się raczej z wylaniem zupy na spodnie niż z realizacją zamówienia. Nie mówiąc o tym, że sam wystawi świadectwo własnego braku kultury.

Cejrowskiemu to nie przeszkadza. Nie przeszkadza mu również wygłaszanie w mediach antysemickich i homofobicznych komentarzy. Mnie natomiast przeszkadza i to bardzo. Bo po pierwsze, dziennikarz robi to za moje podatki. A po drugie – bo to jest złe. Nie „w złym guście”, ale zwyczajnie złe. Nic dziwnego, że dzieci i dorośli, wychowane na podróżniku Cejrowskiem, śmieją się potem z tego, że ktoś jest Chińczykiem.

Jak to się ma do małżeństwa z Żydem? Ano, w ostatnich Wysokich Obcasach przeczytałam niezły wywiad z Diną Stambler, żoną warszawskiego rabina grupy Chabad Lubawicz. Na pytanie o telewizor w domu, bohaterka odpowiedziała:

„- Oglądamy tylko DVD. Jossi [syn] ogląda bajki – wcześniej ja na nie patrzę – czasem rodzina przysyła mi filmy z uroczystości domowych.
- Ale dlaczego? Przecież nie wszystkie filmy są niewłaściwe.
- Nie sądzę, żeby były jakieś właściwe filmy”.

Żoną pobożnego Żyda pewnie nie zostanę. Zapewne nie będę też mogła posłać ewentualnych dzieci do prowadzonego przez Dinę Stambler przedszkola. A szkoda. Cieszyłabym się bowiem, gdyby małe – zamiast edukować się przy TVP – mogły spędzać czas śpiewając chasydzkie piosenki ku chwale Jahwe, który stworzył i kocha wszystkie narody.

piątek, 12 czerwca 2009

Kocham Cię, Polsko, jak Irlandię

Podczas ostatniej wizyty w Warszawie, poszłam na koncert z okazji dwudziestolecia wolnych wyborów. Imprezę nazwałam na własny użytek "Koncertem im. inż. Mamonia" (czyli podoba nam się to, co znamy), ale nie będę tu malkontentem, bo miło było posłuchać "Centrali", poskakać do "Jezu jak się cieszę" albo "Kombinatu" czy pokiwać w rytm "Dorosłych dzieci". Wprawdzie wolałabym tych rzeczy posłuchać w Jarocinie, a nie przed Teatrem Wielkim, gdzie sporą część publiczności stanowili panowie z laptopami, ale jak się nie ma co się lubi... Zresztą dam głowę, że spora część panów, patrząc na słupki sprzedaży, też marzy o Jarocinie.

Koncert - było nie było, o patriotycznym wydźwięku - zakończył się zastanawiającą metaforą. Przedostatnią piosenką było "Kocham cię jak Irlandię" Kobranocki. A ostatni utwór to "Nie pytaj mnie o Polskę" Republiki, jeden z najbardziej pesymistycznych kawałków o zdegenerowanej ojczyźnie i desperackim przy niej trwaniu.

Zestawienie było pewnie niezamierzone, jednak te dwa utwory zabrzmiały we wzajemnym kontekście tak mocno i ironicznie, że nie pobiło ich nawet bisowe "Jest super", w którym Muniek wespół z Kukizem naigrawali się z polityków i policji.

Więc na koniec dostałam to, czego chciałam - kawałek inteligentnej kontestacji. Swoją drogą, szkoda, że wciąż jest konieczna...

Kryzys służy kobietom

Odnoszę wrażenie, że modnie jest chwalić kryzys. Celują w tym magazyny kolorowe z górnej półki - rozmaici felietoniści podkreślają, jak to recesja pozytywnie wpływa na Polaków rozmowy (po redukcji etatów mamy więcej czasu!) oraz uzdrawia relacje rodzinne i sąsiedzkie. Wracamy do pożyczania sobie cukru i jajek, gier planszowych zamiast chodzenia po marketach, "domówek" zamiast clubbingu. Wybierzemy wakacje na Mazurach, a nie lans na Majorce.

Nawet Małgorzata Szumowska, którą skądinąd cenię i podziwiam, w którymś z pism cieszyła się, że na nowo odkryjemy smak chleba - bo ona miała już dość wychodzenia z przyjaciółmi na nowobogackie sushi.

Postanowiłam iść za tym trendem i sporządzić własną listę plusów kryzysu. Oto ona:
1) wprawiłam się w robieniu naleśników i racuchów – szczególnie polecam te z rabarbarem
2) po 20 latach przypomniałam sobie smak pasztetowej
3) do Warszawy jeżdżę nie ekspresem, ale 5-godzinnym pospiesznym; dzięki temu miewam okazję do ciekawej dyskusji, bo pasażerowie nie wpatrują się w laptopy. Inna sprawa, że ja sama też nie mogę wgapiać się w laptopa, chociaż czasem chciałabym popracować. Jednak PKP odgórnie zakłada, że w pospiesznych nie ma prądu w gniazdkach. Kiedyś konduktor omal nie wybuchnął śmiechem, gdy o to zapytałam
4) przy okazji wizyty w urzędzie pracy (dotacje na firmy zablokowane do grudnia) wreszcie odwiedziłam na dłużej Mamę.

Poza tym – jak to ustaliłyśmy z koleżankami – kryzys służy kobietom. Wystarczy spojrzeć na Katarzynę Grocholę, Małgorzatę Kalicińską czy choćby archetypiczną J.K. Rowling. Wszystkie w pewnym momencie znalazły się na dnie kryzysu, osobistego i zawodowego. I wszystkie wykaraskały się z niego same, pisząc bestsellery i zarabiając na nich krocie. Pluję sobie w brodę, że nie wykorzystałam należycie kryzysowych miesięcy, bo nawet z tak wyrywkowej analizy branży wydawniczej wynika, że miałam dużą szansę na zostanie pisarskim krezusem.

Teraz jednak – jak podpowiada moja intuicja – kryzys dobiega końca. Z przyjemnością zobaczyłam też na ekranie w metrze, że potwierdza to jakiś znany spec giełdowy. Dlatego podsumuję gazetowe felietony, korzystając z własnego doświadczenia.

Otóż, drodzy państwo, strzelacie sobie samobója. Kobieta, która ma jeszcze pracę, zasuwa jak szalona, żeby etatu nie stracić. Na uzdrawianie więzów i wyprawianie "domówek", niespecjalnie ma czas. Tym bardziej na lekturę kolorowego pisma. A kobieta, która już straciła pracę i żyje albo z zasiłku, albo ze skromnych umów o dzieło – jest zbyt zdołowana czy zaganiana, żeby organizować powyższe aktywności. A kolorowego magazynu po prostu nie kupi, bo za drogo. I ani wydawca nie zarobi, ani ona nie dowie się, że w gruncie rzeczy powinna cieszyć się ze swojej, jakże modnej, sytuacji.

A dodam jeszcze, że w przeciwieństwie do moich lepiej sytuowanych rówieśników – nie mam przesytu smakiem sushi. Co więcej, zdarzyło mi się spróbować specjału tylko ze trzy razy w życiu. Dlatego – chociaż uwielbiam świeży chleb – po zakończeniu recesji wybiorę się na ryż z wodorostem i surową rybą. Najchętniej do warszawskiej knajpki mojego kuzyna, który rodzinie daje 30 proc. zniżki. Mimo wszystko, oszczędzać trzeba. Co jak co, ale to, że przyjdą kolejne kryzysy – mamy jak w banku.

I może wtedy wreszcie napiszę powieść…

czwartek, 4 czerwca 2009

O smoku i literkach

Dzisiaj będą dwa cytaty z życia wzięte, ni z gruszki ni z pietruszki, niepasujące do siebie, ale takie, co zapadły mi w pamięć.

Sytuacja pierwsza: impreza w domu znajomych. Dużo dorosłych w salonie na parterze i równie dużo dzieci, bawiących się na piętrze. W naszej rozmowie zeszło na narkotyki. Kto próbował za lat studenckich, kto nie próbował, kto by chciał, a kto by nie tknął. Potem inne anegdotki jak ta - usłyszana przeze mnie poprzendiego dnia - o ropusze, która postraszona wydziela substancję zbliżoną do LSD. Na to kolega odpowiada kawałem: Chłopak pyta babci: "Babciu, gdzie się podziały takie kolorowe papierki z mojego pokoju, z rysunkami i napisem LSD?", G.... papierki! Widziałeś tego smoka w kuchni?!".

I tak o sobie przyjemnie gadamy, kiedy z piętra wybiegają dzieci, poprzebierane w papierowe maski, z okrzykiem:
- Dorośli, widzieliście dwugłowego stwora??!!

...........................

Sytuacja druga: zleceniodawczyni pracuje z grafikiem nad projektem strony internetowej. Omawiają warstwę typograficzną. Zleceniodawczyni:

- Czy ta czcionka jest sexy?
- Nie, to Helvetica.