poniedziałek, 25 maja 2009

Jak piją kobiety...

Mały przyczynek do badań psychologicznych nad żeńskim modelem samotnego picia alkoholu.

Wczoraj smażyłam na obiad racuchy. Było tego sporo, więc nie dojadłam i kawałek racucha zostawiłam na stole. Potem wyszłam, pojechałam rowerem na Kazimierz oddać korektę i do kościoła. Po powrocie byłam tak głodna, że rzuciłam się na leżący na talerzu kawałek placka.

A potem rozejrzałam się po kuchni. Latała po niej obrzydliwa, wielka czarna mucha. Taka co siada na śmieciach i nie tylko. Uruchomił mi się szybki proces myślowy: "mucha siada na śmieciach (i nie tylko) - mucha lata po kuchni - w kuchni na wierzchu leżał kawałek słodkiego racucha - mucha na pewno na tym siadła - a ja to zjadłam".

Więc w konsekwencji otworzyłam szafkę, gdzie jest zadekowana "weselna wódka", odkręciłam butelkę i, bez zbędnych ceregieli, chlapnęłam słuszną banię - dla odkażenia...

piątek, 22 maja 2009

Etyka na plus

Robię redakcję tekstu do gazety firmowej i zafascynowało mnie takie zdanie:

"Co jeszcze można zrobić, aby etyki - w dobrym tego słowa znaczeniu - było na co dzień więcej w naszej pracy?".

Ja rozumiem, że język traci swoją jednoznaczność, ale żeby zaraz precyzować "dobre znaczenie" etyki...

poniedziałek, 18 maja 2009

Róbta co chceta, Owsiak i Malicki

Dzisiaj nie mam inwencji na pisanie, więc zamiast tego zacytuję. "Róbta co chceta. Listy do Owsiaka", rzeczywiście wysyłane przez młodych ludzi do J.O. Jeszcze w czasach Bruma i Róbta co chceta. Wydane zostały w 1992 roku w Otwocku, w wydawnictwie Dobrucki i Malicki DMS. Tak, tak, wzrok Was nie myli, ten sam Maciej Malicki, witrażysta i pisarz! "Listy" były bodajże jedynym jego dziełem wydawniczym (ale za to jakim... ilustracje są Dwurnika). Istnieje zresztą tajna teoria, którą miałam szczęście poznać, że niepowtarzalny styl M.M. powstał właśnie pod wpływem listów do Owsiaka. Fragmenty "Takich tam" zacytuję, ku uciesze czytelników, a swojej zwłaszcza, kiedy indziej. Dziś czas na fanów Jurka.

....................

"Mieszkam w małym miasteczku ze wszystkimi tego konsekwencjami" Marcin

"Na wstępie mego listu nie pozdrowię was mile i serdecznie, bo pani od polskiego powiedziała, że tak nie można."

"W Krotoszynie panuje zdecydowany brak tolerancji."

"Nie chcę sławy, potrzebuję glanów" Pyton

"ul. Myśli-Wiecka. Kim był Wiecek? O czym myślał?"

"Gliny miały pretensje, że ktoś założył niemiecki hełm. No nie rozumiem. Przecież można się ubierać w co się chce, przecież niby jest wolność?!"

"Oto kasa na dzieciaki. Więcej nie mam. Wybacz, że takie i tylko tyle. One są znalezione. Swoich nie mam" Jacek

"Ja mam na imię Jurek, a mój kumpel z klasy nazywa się Owsiak Wiesław" Janusz

"Mam niecałe 16 lat i, jak zorientowałeś się po wstępie, jestem wyznawczynia religii wedyjskiej, ale słucham metalu. Jestem licealistką o zainteresowaniach humanistycznych, największą rolę odgrywają dla mnie wartości dydaktyczno poznawcze i idea. Wysyłam Ci znaczek na gazetę. Błagam o nią! No i czekam na twoją odpowiedź. Jesli mi odpiszesz, to będę w ekstazie! Chyba się zaćpam! Albo nie, bo to wbrew III zasadzie mojej wiary - zakazie intoksykacji" Anna

"Jeśli mam być szczery i obiektywny, to muszę dodać, że w domu spokój, a w budzie też całkiem znośnie" Robert

"Dziękuję pięknie. Za to, że podniosłeś mnie na duchu. Teraz olewam wszystkie zakazy starego, wszystkie opinie facetek i robię co mi się tylko podoba. W szkole przestawiam godziny, użeram się z woźną i niektórymi facetkami, szaleję z kumplem i emigruję z zajęć lekcyjnych, włóczę się ulicami, naśmiewam się z tych, którzy wytykają mnie palcami. Ale nikomu nie robię krzywdy i uważam się za dobrego człowieka."

"Dzięki za wydrukowanie mojego adresu. Trochę było przekręcone nazwisko z Leśków na Cieślak, ale co tam. Mam teraz kupę listów i starsi dziwią się czemu na wszystkich jest Cieślak. Wszystkie listy są miłosne i pełne propozycji łóżkowych. Te ostatnie z Wodzisławia i Żar" Wioleta

Do Kota, z wielkim pardon:

"Piszę z dziury, która nazywa się Gorlice. Wszyscy ludzie u nas są głupi. Nasza szkoła jest najgłupsza. Jest w niej radiowęzeł ale puszczają jazz. Ja też jestem głupi." Piotrek, 13 lat

I...

"Pora kończyć. Robi się późno i tłoczno. Siedziałem na dworcu PKP i właśnie do mnie podeszli dwaj w niebieskich mundurach. I spytali co robię. A ja, że siedzę. Oni - idziemy. Ja - to idźcie. I w nogi. To było pięć minut temu i im zwiałem. Teraz też siedzę na dworcu, tyle, że PKS" Sławomir

sobota, 16 maja 2009

Babskie pienia

Wiem, że ciągle nadaję na "Gazetę Wyborczą". Nie wynika to jednak z niechęci do tego pisma, a - paradoksalnie - z faktu, że je doceniam i żałuję niepojętych decyzji redakcji, które sprawiają, że z miesiąca na miesiąc jest coraz mniej do czytania. Nader silne uczucia budzą się we mnie, gdy sprzątam przed świętami. Przeglądam wtedy egzemplarze "Wyborczej" sprzed pięciu-dziesięciu lat. Z reportażami Wojciecha Tochmana, Leszka Talki, Olgi Stanisławskiej, Ś.P. Beaty Pawlak. Jakoś nie zyskali godnych następców.

To trochę jak z kochankiem, który nas zafascynował, bo interesujący, piękny i ma coś do powiedzenia. Ale nagle zauważamy, że tygodnia na tydzień, z soboty na sobotę (zbieżność ze "Świąteczną" i "Wysokimi Obciachami" nieprzypadkowa;) coraz gorzej nam ze sobą. Niby potencja(ł) kochanka wciąż ten sam, ale jakby przestał się starać. Już nie zaskakuje. A i wymaga coraz więcej, coraz mniej dając w zamian (przypomnę, że GW zdrożała do 2,5 zł!).

Tak to gadałyśmy dziś z koleżankami, znającymi i rynek prasy, i samą Agorę. I obgadując, wymyśliłam kolejną akcję społeczną. Po narzekaniu na ojców, na mężów, będzie można zastanowić się nad rolą kobiet w społeczeństwie. W grzbiecie głównym znajdą się (publikowane dotąd w "Obcasach", najczęściej jako list tygodnia) męskie żale i pretensje. Ekspiacje i pożegnania na zawsze.

Akcja ruszy jak tylko skończy się sezon na bieganie i "Męska muzyka".

Będzie nosiła nazwę "Babskie pienia".

Wstępniaka do niej napisze...................

Ludzka warszawka

Spędziłam ostatni tydzień w Warszawie. Jak znajdę pracę, to się tu przeniosę. Jak nie znajdę, a tak mi się spodoba - to też.

Wszyscy w Krakowie mi mówią:
- Warszawa, nieee, no co ty, zwariowałaś chyba. Tam tylko kasa i kasa, kasa i kasa... Pracujesz od świtu do nocy, żadnego życia.

A tymczasem jadę sobie metrem, a tam największe tłumy w okolicach godziny 16. Ludzie wracają do domu po pracy. Wieczorem na każdej stacji objęci zakochani. Na Krakowskim Przedmieściu - randkowicze. W ogóle spokój, cisza, można przejść, nie wymijając turystycznej masy, jak na krakowskim Rynku.

Dzwonię do redaktora jednego z pism - nie, nie ma czasu się spotkać, bo żona w zaawansowanej ciąży. W ogóle dużo tu kobiet w ciąży. I tatów i mamów z wózkami. A na imprezie u kolegi - fotografika - same pary. Zakochane, zaręczone, ślubne. Przefajni ludzie.

Przypominam sobie "magiczny" dla warszawiaków Kraków. Spotkania z koleżankami-singielkami, single parties, narzekanie na brak faceta - sama to jeszcze kiedyś robiłam (teraz już, na szczęście, nie narzekam:). Wieczory w knajpach po dziesięciu latach tego samego stały się nudne. I te bezosobowe tłumy na Rynku. Rany, coś mi tu nie gra. Albo Pani Warszawa wygrywa walkę z Panem Krakowem, albo... za bardzo wszyscy jedziemy stereotypami.

Sama nie jestem od tego wolna. Czasem - jak każdy - za bardzo chcę widzieć to, co uważam, że powinnam: bo opowieści znajomych, bo opinia, bo media (jak wiadomo, upraszczają wszystkie zjawiska;). Fajnie było spojrzeć z prawdziwszej perspektywy.

środa, 13 maja 2009

"Dlaczego rozstrzelali Stanisławów"

W Warszawie wybrałam się na spotkanie z Martinem Pollackiem. Wybitny austriacki dziennikarz, równie znakomity pisarz i tłumacz, promował swoja najnowszą książkę, zbiór reportaży "Dlaczego rozstrzelali Stanisławów".

Szczerze - książki nie czytałam. Minęły (choć mam nadzieję, że jeszcze wrócą) te dobre czasy, kiedy dostawałam masę egzemplarzy recenzenckich, w tym od Czarnego, wydawcy Pollacka. Teraz z lekturą czekam nie tyle na listonosza, co na przypływ pieniędzy... Z kolei recenzje prasowe Pollacka przejrzałam dość pobieżnie, zajęta własnymi problemami z pracą.

Ale teraz postanowiłam się podciągnąć. Ponieważ Pollack jest autorem książki "Po Galicji", no i w ogóle wydawnictwo Czarne... uznałam, że książka będzie raczej o Wschodzie. A ściślej - o Ukrainie. Znakomiciej! A tytuł? Pewnie dotyczy jakiejś nieznanej zbrodni wojennej w dzisiejszym Iwano-Frankowsku. Wprawdzie nie słyszałam o takim epizodzie walk na Wschodzie, ale może chodzi o przemilczaną tragedię w rodzaju naszego Jedwabnego... Zwłaszcza, że na okładce widnieje para o raczej semickiej urodzie... Tak to wysnułam całą teorię.

Poszłam na spotkanie. Moje przypuszczenia potwierdzały się - reporter gościł w Austriackim Forum Kultury, w budynku przyklejonym do jedynych dwóch kamienic, jakie ocalały z warszawskiego getta (nawiasem mówiąc, wstrząsające wrażenie).

Pollack mówił ciekawie - jak to on. Samo słuchanie go było przyjemnością. Ja jednak cały czas myślałam, jaka to zbrodnia dokonała się w galicyjskim Stanisławowie. Czy powie o tym?

Powiedział. Na prośbę prowadzącej streścił tytułowy reportaż.

Stanisław Grzanka i Stanisław Mędrek to dwaj polscy robotnicy, rozstrzelani w austriackiej wsi przez czerwonoarmistów, tuż po zakończeniu wojny. Dlaczego? Z okrucieństwa czy obawy przed szpiegostwem? - tego nie wiadomo.

Zezłościłam się na moje dwugodzinne siedzenie, z którego nic ukraińskiego nie wynikło. Potem zaśmiałam się w duchu z własnej pomyłki. A teraz sobie tak myślę: czy to lepiej, że okazało się, że nie zginął cały Iwano-Frankowsk, ale dwóch mężczyzn o imieniu Stanisław? Czy to nie jest - równie bezduszne - odwrócenie słów Stalina o tragedii śmierci jednostki i statystyce zabitych milionów?

niedziela, 10 maja 2009

Konsumpcyjny holocaust

"Bodies" - ta głośna wystawa, jak wiadomo, od jakiegoś czasu gości w warszawskim Blue City. Ja też o niej wiedziałam, zaczytywałam się ze dwa miesiące temu w komentarzach publicystów na temat kontrowersyjnej prezentacji ludzkich ciał. Upozowanych jak w cyrku, żeby widać było każdy mięsień napięty z wysiłku. Pozbawionych nie tylko skóry, ale i godności, jaką daje śmierć. Stałam na stanowisku, że taka wystawa to igranie z tajemnicą życia i umierania. To niebezpieczne przekraczanie granicy, za którą z tego, co powinno być otoczone najwyższym szacunkiem - powstaje folwark.

Ale, o dziwo, zapomniałam o tym. I wybrałam się dziś z koleżanką do Blue City, żeby zwiedzić goszczący tam jarmark produktów regionalnych (i skosztować co nieco).

Tuż przy wejściu powitała nas wielka plansza, na której napis głosił: "Czy wiesz, że gdy się uśmiechasz, napinasz tylko 18 mięśni twarzy, a gdy się smucisz - aż 68" (cytuję z pamięci). Pomyślałam, że to promocja jakiegoś zdrowego stylu życia, fitnessu, w najgorszym razie pasty do zębów. Ale nie - podpis głosił "Bodies, poziom 3+".

Że nie obejrzę wystawy, powiedziałam od razu, chociaż koleżanka była nawet chętna. Ale jednak nie spodziewałam się, że poczuję to, co poczułam - zgrozę i wstyd, że mam oglądać kaszanki i sery, kosztować konfitur, podczas gdy zaledwie trzy piętra nade mną jest kilkudziesięciu umarłych. Przyznam ze wstydem - nie wyszłam z Blue City, chociaż czułam, że powinnam to zrobić, aby być konsekwentna. Nie mam więc moralnego prawa naskakiwać tutaj na ludzi, którzy w najlepsze robią zakupy, gdy nad ich głowami rozgrywa się cyrk.

Wychodząc, znowu natknęłam się na tablicę informacyjną: "Czy wiesz, że ludzkie kości są 3 razy mocniejsze od tytanu?" (znów cytuję z pamięci). I zastanowiłam się, po co ta wystawa. Czy w imię nauki? Stulecia temu, oficjalnie w w imię nauki, w gruncie rzeczy dla zaspokojenia własnej perwersyjnej ciekawości (a swoją drogą, jaka ciekawość nie jest perwersyjna?), kolekcję umarłych ludzkich "dziwadeł" w formalinie sporządził car Piotr Wielki. Opisała to m.in. Olga Tokarczuk w "Biegunach".

Ale opisała to ze zgrozą i taka też była tamta kolekcja - ukrywana głęboko, z nabożnym lękiem prezentująca (nielicznym, którzy zasłużyli na łaskę cara) tajemnicę potworności życia i śmierci. W przypadku "Bodies" nie ma zgrozy ani lęku. Ktoś wtłacza nam w głowę, że oglądanie nieżywych ludzi, pomiędzy kupnem bluzki a zjedzeniem lodów z włoskiej cukierni, wzbogaci nasz umysł. Nie wzbogaci. O tym, ile mięśni ma człowiek, przeczytam chętnie w encyklopedii. Jeśli miałabym dzieci, nie zaprowadziłam ich - w ramach korków z biologii - na "Bodies". Ostatnią rzeczą, jakiej chciałabym je uczyć, byłoby odbieranie szacunku śmierci. Nie jestem święta, nie zbojkotowałam Blue City, ale wiem, gdzie postawić granicę.

Na zajęciach z teorii literatury, z genialnym szalbierzem, profesorem Michałem Pawłem Markowskim, dowiedziałam się, że Holocaust był w prostej linii efektem Kartezjańskiego podziału świata na podmiot i przedmiot. No więc dla mnie granica stoi właśnie tutaj. Jest nią kolejne w historii uprzedmiotawianie człowieka, w tym wypadku - człowieka martwego, a więc świętego. Dla mnie "Bodies" to nie nauka. To wystawiony na widok publiczny, cholerny konsumpcyjny holocaust.

Kreatywny miód na duszę - podziękowania:-)


Siadłam sobie do komputera, zmęczona warszawskim tygodniem, przygaszona trudnością, z jaką trzeba zdobywać zlecenia na pisanie i redagowanie, a tu... niespodzianka, i to jaka miła! Lemurka, autorka bloga Lemuria przyznała mi nagrodę Kreativ Blogger!

Zawsze bardzo się cieszę, kiedy się okazuje, że ludzie czytają moje zapiski - bo dziennikarki i redaktorki też bywają niepewne siebie;) a tu nie dość, że czytelniczka, to jeszcze takie wyróżnienie. Dziękuję bardzo! Pozwolę też sobie zabawić się Oscarowo: Dziękuję Panu W., który namówił mnie do pisania bloga i dziękuję Kotu aka Muza, który kopnął mnie w tyłek i nakazał ponowne pisanie, kiedy nie miałam już do tego chęci;)


I kiedy tylko się trochę rozpatrzę w zasadach nagrody i możliwościach mojego komputera, to postąpię jak należy, czyli nominuje siedem kolejnych blogów i wstawię logo nagrody na swoja stronę:)

..................

Następnego dnia:)
Logo już wstawiłam. Teraz czas na nominacje. Kolejność nieobowiązkowa.

1. Poczytane - Tomasz Pindel i Szymon Kloska piszą o literaturze. W pełni profesjonalnie i z doskonałym humorem. Zauważają trendy, absurdy, sytuacje. Do śmiechu, do wiedzy, do podziwu;)
2. Piksele Agaty Dębickiej - dziewczyńskie życie w sieci, ale też ostra i sarkastyczna nieraz obserwacja rzeczywistości. Ironia i czułość - niezły duet!
3. Co tam czytam - świetny blog krytyczki i poetki Agnieszki Wolny-Hamkało. Horrory i radości życia literackiego.
4. Pesto - blog literata, ale nie będzie o literaturze. Michał Kaczyński nieraz ratował mnie w chwilach kryzysu swoimi świetnymi przepisami kulinarnymi za 5 zł. I tanio, i zdrowo, i antykonsumpcyjnie.
5. Smak imprezy - a skoro o jedzeniu... Olga Smile pewnie nieraz słyszała, że nieprzypadkowo nosi takie nazwisko. Jej przepisy podnoszą na duchu. Nawet jeśli tylko się je czyta;)
6. Stanikomania - blog Stanikomaniaczki, obsypany już wprawdzie nagrodami, ale myślę, że i kolejna się zmieści. To misja specjalna dobierania Polkom staników (ponoć 80% nosi zły rozmiar, co jest i szkodliwe, i mało estetyczne). Nominuję za pomysł, dobry humor i konsekwencję w uświadamianiu kobietom tego, co każda dziewczynka wiedzieć powinna - a często nie wie...

czwartek, 7 maja 2009

Podręczny zestaw "memento mori"

Kupiłam dziś w Rossmanie pakiet transplantologiczny. Brzmi makabrycznie, a chodzi po prostu o karteczkę do trzymania w portfelu, która informuje o wyrażeniu zgody na przeszczep własnych narządów, oraz silikonową bransoletkę z napisem "Powiedz tak" (przy okazji, w jaki sposób to hasło ma kojarzyć się z transplantologią, nie rozumiem; copywriter chyba zasnął na chwilę). Kosztuje ten zestaw 5 zł - oczywiście przeznaczonych na szczytny cel.

Kupiłam, podpisałam karteczkę, wetknęłam do portfela. Bransoletkę, chociaż paskudna, wsunęłam na nadgarstek. I w tym momencie ogarnęły mnie wątpliwości:

- skoro bransoletka ma potwierdzać moją zgodę na przeszczep, to chyba powinnam mieć ją na ręku w chwili śmierci
- oznacza to, że powinnam ją nosić codziennie
- oznacza też, że każdego dnia, co rano, będę na nowo zyskiwać świadomość własnej śmiertelności
- a jeśli, daj Boże, nie będzie szansy na oddanie narządów, to bransoletkę będę musiała nosić aż do osiemdziesiątki (co najmniej;). Na wszelki wypadek.

Ponure myśli. Poza tym sugestia była tak silna, że cały czas miałam wrażenie jakbym za chwilę miała wpaść pod tramwaj albo metro.

Popieram transplantologię, w razie potrzeby poprę ją własnym ciałem, że się tak wyrażę, ale nie chcę na co dzień myśleć o tym, że mogę umrzeć. Poczułam, że zamiast radości z ofiarowywanego życia, pakiecik budzi we mnie niezdrowy kult śmierci. Więc natychmiast ściągnęłam mało gustowną bransoletkę. Ale karteczka ze zgodą - oczywiście - została w portfelu.

niedziela, 3 maja 2009

Cyganka na ławeczce

Czekałam na autobus. Ławeczkę na przystanku zajmowała babcia z wnuczką, rozmawiały sobie przyjaźnie. W pewnym momencie babcia zaczęła delikatnie strofować wnuczkę, że ta ma umazane ziemią rączki i buzię.

- Jesteś brudna jak mała Cyganka.
- A dlaczego jak Cyganka?
- Kochanie, dlatego że cygańskie dzieci są brudne, bo się nie myją...

W tym momencie podjechał autobus i nie usłyszałam końca tej ciekawej rozmowy, przygotowującej małą do życia w demokratycznym, wielokulturowym społeczeństwie.