wtorek, 29 grudnia 2009

Kanibale z Wenus

W ostatnim dniu przed świętami kolega z pracy zapytał mnie, co będę miała do jedzenia w Wigilię. Zaczęłam tłumaczyć...
- Będziemy mieli dużą Wigilię, będzie moja mama, wujek, ciotka, żona kuzyna, to znaczy syna wujka i ciotki, jej rodzice, rodzice jej mamy, siostra rodziców mamy...

W tym momencie drugi kolega przerwał:
- To co, będziecie mieć Wigilię kanibali? Bo on pytał, co masz do jedzenia.

Stropiłam się i pomyślałam, że odpowiadam typowo kobieco - zaczynając od Adama i Ewy. Mars i Wenus. Nic dziwnego, że mnie nie rozumieją. Dla dobrego porozumienia skończyłam więc po męsku:

- Będzie 15 osób, każdy coś przynosi, więc w cholerę jedzenia.

środa, 23 grudnia 2009

Marzę o świętach

Po prostu. Nic dodać, nic ująć. Po skomplikowanym roku, pełnym nadziei (zawiedzionych lub nie), trzęsień ziemi, przeprowadzek, prac udanych i nieudanych, chcę sobie odpocząć. Czego Wam wszystkim życzę.
PS. W moim horoskopie na 2010 wychodzi, że po trudniejszych latach czeka mnie rok pełen sukcesów i powodzenia. Ciekawe, że to samo wyszło w horoskopie na 2008 i 2009...

sobota, 12 grudnia 2009

Recepta na szczęście

Przeglądając w komputerze jakieś 125 stron "ulubionych" znalazłam link, którym postanowiłam podzielić się ze wszystkimi dołowanymi, zestresowanymi i sfrustrowanymi. Ku pamięci.
Szczęśliwi naprawdę

czwartek, 10 grudnia 2009

Lewica z tradycjami

"Wygląda jak Pałac Zimowy po najeździe bolszewików"
- powiedział Andrzej Barański z życzliwą zadumą, porównując Nowy Wspaniały Świat, siedzibę Krytyki Politycznej, do mieszczącej się kiedyś w tym miejscu kawiarni Nowy Świat (w wiedeńskim stylu).

niedziela, 6 grudnia 2009

Pruszków i Wołomin

Zapoznałam się z żoliborską policją. Składałam zeznanie w sprawie pobicia. Zaproszenie z komisariatu dostałam telefonicznie, wysiadając z tramwaju. Bardzo miło pogadaliśmy z dyżurnym, umówiliśmy się, że podjedzie po mnie policjant w cywilu. Faktycznie, wpadł na skrzyżowanie z piskiem opon, zamachał legitymacją (gdyby to była powieść Chmielewskiej, miałabym już ognisty romans) i pognaliśmy przez wieczorne ulice. Sytuacja była sprzyjająca, żeby pogadać.

- Zapiąć pasy?
- Nie, nie trzeba.
- Hehe, najbezpieczniej jeździć z policją.
- Ja wiem, czy najbezpieczniej...
- Ale można nie przestrzegać przepisów. A mogę zapytać, ile takich cywilnych patroli jeździ po Żoliborzu?
- Wie pani, kilka jeździ, ale to mała dzielnica i ludzie szybko orientują się, kto jest z policji.
- Tak?
- Po dwóch tygodniach wiedzą, że jeździmy fiatem punto, poza tym one mają takie policyjne kolory - jeden jest granatowy. No i mamy dość nietypowe rejestracje jak na Żoliborz...
- ???
- Jedna jest z Pruszkowa, a druga z Wołomina.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Samotni nie chorują

Usiłowałam ostatnio ubezpieczyć się w NFZ. Nie przeczę, że trochę z powodu świńskiej grypy - jak widać zawód nie stanowi tu żadnej szczepionki i dziennikarze nie stają się odporni na medialny szum wokół choroby. Ale też uznałam, że dla ogólnie pojętego bezpieczeństwa czas wrócić na łono państwowej służby zdrowia. Pracuję na umowę o dzieło, firmy bez dotacji zakładać nie zamierzam (to osobny temat - ów wychwalany "preferencyjny" ZUS jest preferencyjny dlatego, że uszczuplony o składkę emerytalną. Oznacza to, że przez dwa lata pracuje się bez jakichkolwiek inwestycji we własną przyszłość), dlatego pozostała mi dobrowolna składka na fundusz. Trwałam w przekonaniu, że będzie niewielka. W końcu jakie usługi, taka zapłata.

Zadzwoniłam do infolinii ZUS. Odebrała - wbrew stereotypom - bardzo miła pani. Wyjaśniłam, o co chodzi.

- Pracuję na umowę o dzieło, chciałabym się ubezpieczyć w NFZ.
- Czy ma pani męża?
- Niestety, nie.
- W takim razie może pani opłacać dobrowolną składkę na NFZ. Dokładną kwotę podadzą pani w funduszu, ale będzie to około 300 zł miesięcznie.

- ????!!! A czy nie ma możliwości, żeby ubezpieczyć się jakoś inaczej? Na rodziców?
- Skończyła pani 26 lat?
- Tak.
- W takim razie może pani być dopisana tylko do ubezpieczenia męża.
- Ale ja nie mam męża, przecież to nie moja wina, gdybym mała męża mogłabym ubezpieczyć się za darmo, nie rozumiem, czy jest jakiś obowiązek wychodzenia za mąż po 26. roku życia?
- Nie, oczywiście, że nie, dlatego ma pani inne możliwości. Jeśli jest pani bezrobotna, może pani ubezpieczyć się w urzędzie pracy, jeśli jest pani rencistką, ubezpieczy panią urząd gminy, a w innych przypadkach może pani opłacać dobrowolną składkę.

Koniec. Gdybym była bezrobotna, nie miałabym problemu. Pracuję, zarabiam na siebie - mam problem. Gdybym była mężatką, zostałabym ubezpieczona za darmo. W obecnej sytuacji muszę płacić 300 zł, co jest dla mnie sporą kwotą.

Doszłam do wniosku, że to szczególny rodzaj polityki prorodzinnej. Względy ekonomiczne wymuszają wręcz zamążpójście - mieszkanie wynajmowane we dwoje jest proporcjonalnie tańsze, oszczędniej gotuje się dla par, no i to ubezpieczenie. Nikomu chyba nie przyszło do głowy, że nie wszyscy wychodzą za mąż tuż po ukończeniu studiów. I że obrzydliwie bogate singielki trafiają się tylko w filmach, a samotne życie bywa wystarczająco smutne i szare. Naprawdę, nie trzeba pogłębiać trudności horrendalnymi kwotami na ochronę zdrowia. W końcu rodzice to wciąż rodzina - czemu nie ubezpieczyć się na nich?

Ale nie będę o tym rozmyślać, bo to szkodzi zdrowiu. W depresję też nie popadnę. W końcu żeby mieć refundowane leki i szpital, musiałabym najpierw wpłacić te cholerne 300 zł.

wtorek, 17 listopada 2009

Blokada twórcza

Natknęłam się ostatniego na bloga, w którym znalazłam takie oto inspirujące wpisy z książki Hugh MacLeoda:

Nie zdziwiłbym się, spotkawszy człowieka, który napisał arcydzieło na odwrocie jadłospisu w barze szybkiej obsługi. Natomiast spotkanie człowieka, który napisał arcydzieło srebrnym piórem wiecznym od Cartiera przy antycznym stoliku w przestronnym lofcie w modnej okolicy byłoby prawdziwą niespodzianką. - Hugh MacLeod "Ignore Everybody" (43)

Blokada twórcza jest tylko symptomem uczucia, że nie masz nic do powiedzenia, połączonego z raczej dziwacznym przekonaniem, że powinieneś czuć potrzebę powiedzenia czegoś istotnego. - Hugh MacLeod "Ignore Everybody" (100)

Ucieszyłam się szczerze. Po pierwsze, nie mam loftu ani nie mieszkam w modnej dzielnicy. Niestety, zdarza mi się jadać w kawiarni Czytelnika, co zmniejsza moje szanse na arcydzieło. Chociaż wolę bar Sady prowadzony przez Społem na Sadach Żoliborskich. Dobre i to.

Po drugie, ulżyło mi. To, że przez długi czas nic nie pisałam, nie oznaczało blokady twórczej i konieczności skorzystania z porady psychologa. Po prostu nie miałam nic sensownego do powiedzenia. I tego się trzymajmy. Z taka postawą przy sporej dozie szczęścia mam szansę coś dorzecznego w przyszłości napisać. A jak nie, to przynajmniej oszczędzam pieniądze na mieszkaniu i jedzeniu.

sobota, 19 września 2009

Czwarta godzina

Czytam nową książkę Moniki Piątkowskiej "Nikczemne historie". Przeczytałam tam takie zdanie (cytowane z pamięci), powtarzający się zresztą w literaturze motyw:

"była czwarta, odwieczna godzina złodziei i kochanków"

Zastanowiło mnie, że ta pora doby nigdy dla mnie nie zaistniała. Jeśli byłam na nocnych imprezach - zazwyczaj kończyły się albo przed trzecią, albo po piątej. Jeśli byłam w domu - nawet po częściowo zarwanej nocy już spałam. W podróży? Nie zdarzyło się, abym wysiadała z pociągu w okolicach godziny czwartej. Nie wiem, jak wygląda świat o tej porze.

Być może wynika to z faktu, że nigdy nie byłam ani kochanką, ani złodziejką. A może odwrotnie - nie zostałam kochanką czy złodziejką, bo nie doświadczyłam godziny czwartej i nie rzuciła na mnie swojego przeklętego uroku?

środa, 16 września 2009

Przegląd prasy kobiecej

Zrobiłam sobie prasówkę zeszłomiesięcznych kolorowych gazet. Otworzyłam "Twój Styl". Moją uwagę przykuła okładka - rewolucyjna, jak zapewniają wydawcy. Trzy sławne piękne kobiety bez makijażu. No, może z makijażem szczątkowym, czyli lekkim podkładem i błyszczykiem. Ale za to bez Photoshopa.

W środku wypowiedzi bohaterek sesji. Danuta Stenka mówi o potrzebie naturalności i o tym, że bez obsesji dba o siebie. Parę stron dalej odpowiada na pytania - rodzaj kwestionariusza Prousta dostosowanego do potrzeb TS.

"Piękna kobieta to znaczy..."
zadbana, smukła, zgrabna i przed czterdziestymi urodzinami. Dobrze, by była silna, ale też delikatna, uległa, romantyczna. Koniecznie musi mieć długie nogi, regularne rysy i miseczkę B - najskromniej".

Przypomniał mi się stary dowcip o tym, jaki powinien być idealny mężczyzna: czuły, silny, zdecydowany, wrażliwy, uczuciowy, twardy, wypielęgnowany, męski... Z szacunku dla inteligencji Danuty Stenki wierzę, że zrobiła sobie żart z niezbyt mądrego zestawu pytań. Ale w wyimkach kolejnych artykułów TS ironii już nie widzę. Otóż, w poszukiwaniu recepty na dobre życie przeglądam dział poświęcony psychologii. W tekście o asertywności wytłuszczone:

"Stawiasz w życiu na siebie? Nie dziw się, że jesteś na siebie skazana. I samotna".

Zgadzam się, oczywiście. Cóż z tego, kiedy kilka stron dalej czytam:

"Jeśli poświęcasz cały czas i energię innym, zaniedbujesz najważniejszą osobę: siebie".

I bądź tu kobieto mądra.

Sposób redagowania lifestyle'owych (i nie tylko) pism znam doskonale. Zasada jest prosta: najpierw bierzemy tezę, potem dopasowujemy do niej rzeczywistość. Dlatego niech was ręka boska broni przed dawaniem wiary w porady popularnych pism. Ani przez chwilę nie myślcie, że znajdziecie tam choćby ułamek sposobu na życie. Przypominam sobie takie zdarzenie w jednej z redakcji: kolega biedził się nad tekstem, który musiał wychwalać zalety pewnego muzycznego gadżetu (względy marketingowe). Klnąc na czym świat stoi, wymyślał co ładniejsze frazy. Przeglądając jego tekst przed zesłaniem, przeczytałam:

"Zabieramy Cię w podróż w poszukiwaniu wewnętrznej wolności, w której dźwiękiem wyrazisz siebie...".

Ja sama mam na koncie niechlubną sytuację, kiedy to musiałam napisać felieton w pierwszą rocznicę śmierci Jana Pawła II. Dlaczego ja? Ano pewnie dlatego, że chodzę do kościoła. Natomiast obce jest mi stawianie wszelkich pomników, także tych słownych. Ze wstydem więc przeczytałam następnego dnia własne słowa o smsach krążących między Polską i Amsterdamem (gdzie mieszkałam w kwietniu 2005 roku) i o pokoleniu, które w ten sposób żegnało swojego Ojca...

Jaki to wszystko ma wpływ na ludzi? Znam pewną parę, znakomite małżeństwo o długim stażu. Ostatnio coś się między nimi psuło. Okazało się, że poszło o... zjazdy Naszej klasy. O których żona czytała w prasie, z przerażeniem śledząc historie odnawianych romansów i rozpadających się związków. Można skrytykować: nie zna życia. Nie wie, że nie wolno wierzyć kolorowym pismom. Żyjemy jednak w kulturze, w której słowo pisane tradycyjnie ma wysoką pozycję. Dopiero na filologii dowiadujemy się, że nastąpiła śmierć autora i że wszystko, co piszemy, to zlepek cytatów, za które nikt nie ponosi odpowiedzialności. A wiedza o manipulacji w mediach też nie jest powszechna - inaczej nie mówiono by o niej na zajęciach z dziennikarstwa.

Moi znajomi nie studiowali filologii ani dziennikarstwa. Nie pracowali też w mediach - jak ja i parę czytelniczek tego bloga. Dlatego nie wiedzą, czym to pachnie. Jeśli oczywiście o zapachu w tym przypadku można mówić.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Appendix

I proszę, życie dopisało komentarz do poprzedniego posta, bo taki oto link znalazłam na Facebooku:

Ukrainian ladies

To mnie jednak już nie śmieszy. Być może dlatego, że czytałam znakomitą książkę - reportaż z podróży po zakazanych miejscach byłego ZSRR: "Zagubionego kosmonautę" Daniela Kaldera. Wstrząsający jest fragment, który pokazuje naiwność, może interesowność, ale przede wszystkim wielką, przeważnie płonną nadzieję tych wschodnich "ladies".

I am a woman from Asia

Warszawa okazała się na tyle absorbująca, że ze zdziwieniem spostrzegłam datę ostatniego posta - dwa tygodnie temu! Ale ponieważ dziś też jestem zajęta swoimi około-literackimi projektami, to będzie głównie link, na który trafiłam przypadkiem, przeglądając strony o... projektowaniu graficznym. Tekst nie ma oczywiście nic wspólnego z projektowaniem, może tylko tyle, że strona, na której znalazłam odnośnik do niego, miała fajne logo. Bardzo proszę jednak wczytać się i ocenić:

Polish women

Mniejsza o charakterystykę "skinny, cook daily meals, never go out for guys and enjoys housework". Najbardziej zachwyciło mnie wprowadzające sformułownie: "women in Asia".

Czytałam niedawno na portalu Gazeta.pl artykuł o dziewczynie, która na staż do Polski przyjechała odziana w futra i z zapasami makaronu. Wśród komenatrzy pojawił się i taki: to nie myśmy powinni się wstydzić, że postrzegają nasz kraj jako zacofany, ale obcokrajowcy - że mają tak znikomą wiedzę o świecie.

Teoretycznie zgadzam się tym. W praktyce jednak nie mogę pozbyć się niesmaku, że jeśli pojawię się gdzieś w świecie, obyty w serwisach randkowych mężczyzna może wziąć mnie za "houswork-loving woman", żeby nie powiedzieć "tanią siłę roboczą".

Z drugiej strony, może też być rozczarowany, że nie jestem "skinny and thin" oraz "cannot cook daily meals". Ale to już mniej mnie obchodzi. Bo czy chciałabym w ogóle spojrzeć na mężczyznę, który dość spory kraj Europy Środkowej sytuuje "in Asia"?

wtorek, 11 sierpnia 2009

Oczyścić i posegregować

Przeglądając jeden z moich ulubionych serwisów, czyli Ngo.pl, natrafiłam na zaskakujące ogłoszenie o wolontariacie. Otóż jedno z łódzkich stowarzyszeń przygotowuje się do obchodów 65. rocznicy likwidacji getta. W związku z tym podjęło godną pochwały akcję monitoringu (i usuwania) rasistowskich napisów na ulicach Łodzi. Niestety, stowarzyszenie nie do końca przemyślało formułę, za pomocą której poinformowało o inicjatywie. Otóż ogłoszenie dla wolontariuszy projektu zaczyna się tak:

"Oczyśćmy Łódź przed obchodami 65. Rocznicy Likwidacji Litzmannstadt Ghetto - Łódź"...

... i tylko ten tytuł, bez dalszych wyjaśnień, widzi osoba odwiedzająca stronę Ngo.pl.

Nie muszę chyba dodawać, że zestawienie słów "getto" i "oczyścić miasto" brzmi fatalnie. Przypomina mi się natomiast inny laspus, popełniony przed laty przez władze Zabrza (opowiadali mi o nim znajomi). Otóż, kiedy na ulicach pojawiły się pierwsze kontenery na plastik, szkło i papier, akcję ekologiczną promowano odpowiednimi billboardami. Były one wymowne, choć dość ascetyczne. Poziomo biegł szeroki czarny pas, powyżej pas biały, a pomiędzy nimi, na środku, wielkimi czerwonymi literami wypisane było:

"Segregujmy!"

czwartek, 6 sierpnia 2009

Dzieci i starsi...

W drodze do pracy przeżyłam dwa olśnienia. Dwa olśnienia podczas półgodzinnej jazdy komunikacją miejską to sporo, dlatego się pochwalę. Pierwsze dotyczyło dzieci.

Kiedy pracowałam jak Au pair w Amsterdamie, usłyszałam od swojej „host mum” takie zdanie:
- Z dziećmi trzeba postępować jak z psami. Wyznaczasz zasady, nagradzasz, karzesz, proste.
Choć znam teorie behawioralne, zestawienie dzieci i psów jakoś trudno mi było zaakceptować. Aż do dzisiejszego ranka, kiedy to w metrze zobaczyłam zajawki programów „Animal Planet”:

8.00 – Najśmieszniejsze zwierzęta świata
8.30 – Moje dziecko
9.00 – Cudowne psy

I teoria Holenderki stała się jasna.

Drugie olśnienie dotyczyło seniorów. Otóż w tramwaju przyjrzałam się dokładniej reklamie magazynu „Super Senior”. Pod zdjęciem uśmiechniętych 70-latków był taki oto podpis:
„Przyślij przepis i zgarnij 50 zł”

Zazwyczaj określenie „zgarnąć pieniądze” stosuje się do dużych kwot. „Zgarnij miliony”. „Weź udział w konkursie i zgarnij 100 tys.!”.

Pisałam już tutaj o infantylizacji seniorów w naszym społeczeństwie. Reklama taka, jak „Super Seniora” to już nie tylko infantylizacja. Dla mnie to wyraz nie do końca świadomej pogardy, za którą stoi przekonanie, że seniorzy tak niewiele wymagają od życia, iż 50 zł wyda im się niebotyczną sumą do zgarnięcia.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Warto było?

Nie sposób na początku sierpnia nie wspomnieć o rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego - zwłaszcza gdy chodzę po stolicy, gdzie obchody trwają niemal dwa tygodnie, a mieszkańcy tłumnie i z zaangażowaniem w nich uczestniczą.

Kiedy sama byłam w wieku powstańców, miałam zwyczaj co roku, na początku sierpnia, czytać "Ziele na kraterze" Wańkowicza, z pięknymi opisami młodych ludzi walczących za Warszawę, w tym Krysi, córki pisarza. Kiedy lata później odwiedziłam Muzeum Powstania Warszawskiego, ze wzruszeniem odkryłam na "ścianie pamięci" zdjęcie Krysi Wańkowiczówny.

Znałam też na pamięć powstańcze piosenki w rodzaju "Sanitariuszki Małgorzatki" czy "Marszu Mokotowa". Potrafiłam ze sporą dokładnością odtworzyć trasy kanałów w Śródmieściu i dość dobrze kojarzyłam powstańcze realia. Wiedziałam, co to "krowa" i czym było Radio Błyskawica. I oczywiście nie miałam najmniejszych wątpliwości, że "warto było" i że "też bym poszła".

Te wątpliwości pojawiły się z wiekiem, gdy nabrałam poważniejszej wiedzy historycznej. Równolegle z tym słowa "Sanitariuszki..." uleciały z mojej pamięci. Choć co roku staję na baczność 1 sierpnia o g. 17, to teraz raczej z szacunkiem i smutkiem niż z patriotycznym uniesieniem. I - jak Marcin Wojciechowski, autor felietonu z sobotniej "Wyborczej" - myślę, że lepiej się dzieje, kiedy mogę wyrażać patriotyzm w takich formach jak działalność społeczna czy płacenie podatków.

Oglądałam wczoraj retransmisję koncertu "Gajcy", w którym wystąpiły takie tuzy jak Dezerter czy Lech Janerka. Prowadząca, Agnieszka Szydłowska, nawiązała do słów uczestniczki powstania, oceniającej po latach: "warto było". - To chyba ucina dyskusje na temat tego, czy Powstanie było potrzebne - powiedziała Szydłowska.

Dla mnie nie ucina. Nadal nie mam odpowiedzi i myślę, że tej odpowiedzi nie będzie. Cieszy mnie jednak, że "patronem" tegorocznych obchodów jest Tadeusz Gajcy. Że na dziedzińcu Muzeum Powstania śpiewa się już nie "Sanitariuszkę Małgorzatkę" czy inne proste piosenki, które kiedyś zwyczajnie dodawały sił i pocieszały, a dziś kreują nieco komiksowy obraz Powstania jako "chryi z Niemcami". Dobrze, ze teraz sięgamy po Gajcego, który przekazał prawdziwszy, pesymistyczny i wcale niejednoznaczny obraz żołnierzy umierającej Warszawy.

Na plaży

Będąc ostatnio nad morzem miałam okazję przekonać się, jaki rezultat mają akcje "uświadamiające" Polaków względem profilaktyki i zdrowego trybu życia. Takie na przykład odchudzające i przeciwdziałające rakowi skóry.

Ceny w nadmorskich kurortach są zastraszające. O ile jednak rybkę z surówką można jeszcze znaleźć w w miarę normalnej (?), nieco niższej niż warszawska czy krakowska cenie, o tyle koszty deserów windowane są niebotycznie. Gofry z bitą śmietaną i borówkami kosztują 7,5 zł. Najdroższa wersja gofra, z nieco większym wyborem owoców, to prawie 10 zł. Lody "maczane" wychodzą jakieś 5 zł za małą porcję (n.b. nie dałam rady dojeść), przy czym, jak powiedziała pani w budce, prawie nikt nie bierze małej porcji "a panowie to proszą, żeby i dużej nałożyć im od serca".

Z koleżanką doszłyśmy do wniosku, że to nieprzypadkowe, bo ceny przecież kształtowane są przez popyt. I rzeczywiście, ilość otyłych wczasowiczów przewyższa nawet to, co dzieje się na ulicach Warszawy. Cukiernie są zatłoczone, a w spożywczym widziałam dużą panią z równie dużym synkiem - kupowali kiełbasę na grilla. Kiedy synek doniósł dwie paczki chipsów, pani bez wahania dodała je do koszyka. Po chwili jednak poważnie zastanowiła się:

- A wiesz, może wezmę jeszcze paczkę delicji. Tylko jakie, pomarańczowe czy wiśniowe?

Akcji społecznych promujących odchudzanie jest w polskich mediach wiele i teraz - wychowana wśród szczupłych owocożerców - zrozumiałam już, dlaczego. Ale pomyślałam o jednym: taka "Gazeta Wyborcza"chwalebnie trudzi się, żeby cyklem "Polacy, odWagi!" zmienić nawyki żywieniowe rodaków. Tyle że niestety - wśród kurortowych gości nie widziałam ani jednej osoby z "Wyborczą" pod pachą. Nawet w sobotę.

A czerniak? Cóż, pewnego dnia powiedziałam do kolegi, ze chyba pójdę szukać sobie miejsca na plaży między godz. 11 a 14. Trudno, słońce pali, ale pewnie wszyscy uciekają w cień, bo przecież wiadomo, że wtedy nie powinno się opalać.
Spojrzał jak na idiotkę.

- Żartujesz?! Między 11 a 14 jest właśnie najwięcej ludzi!

sobota, 1 sierpnia 2009

Jeszcze dalej niż...

Przypomniał mi się niedawno francuski film "Jeszcze dalej niż północ". Dla tych, którzy nie widzieli - to historia szefa poczty, który za głupie przewinienie zostaje "zesłany" z Paryża na placówkę na północy kraju. Oczywiście, zamiast stereotypowego chamstwa i prostactwa, spotyka się tam z życzliwością mieszkańców, a nawet pomaga w rozwinięciu historii miłosnej. Najzabawniejsze jednak, że przyjaciele z Paryża nie mogą w to uwierzyć - specjalnie dla nich odgrywa więc komedię ze stanami przeddepresyjnymi spowodowanymi życiem w północnej, robotniczej osadzie.

Spędziłam niedawno weekend w Krakowie. Oczywiście, znajomi i przyjaciele zarzucili mnie pytaniami, jak jest w tej Warszawie.

- No wiesz, dobrze. Praca bez zarzutu, super mi się układa, miasto duże ale da się przyzwyczaić, wynajęłam pokój w fajnej dzielnicy...
- ?
- Ludzie przyjemniejsi niż pięć lat temu, nie ma już takiego chamstwa na ulicach, na co dzień "proszę, dziękuję, przepraszam"...
- ???
- Jedyny problem to ceny, bo jest strasznie drogo. W sumie na razie nie stać mnie za wiele. No i te odległości, czasem jak wracam po całym dniu to jestem tak zmęczona, że padam na łóżko. No i jest trochę wsi, jasne, jak to w stolicy. Wiesz, łysi, przekleństwa, raz widziałam nawet krew na ulicy.
- Aaaa, jasne!

I tu się zaczynała prawdziwa rozmowa. Że ceny, że się nie da wyżyć, że korporacje wyciskają człowieka do ostatniej krwi, że nie ma czasu dla siebie, że robią papkę z mózgu.

Nie pracuję w korporacji, nikt mi papki nie robi. W pracy zajmuję się dokładnie tym, czym chciałabym się zajmować, gdybym nie musiała zarabiać. Po 17 mam czas dla siebie. Znalazłam więc basen na Żoliborzu - najfajniejszej jak dla mnie dzielnicy Warszawy, gdzie wynajęłam przyjemny pokój. Bywa trudno z aklimatyzacją, ale jestem tu dopiero trzy tygodnie.

Żeby podtrzymać rozmowę skupiłam się jednak na odległościach i wieczornych pijatykach w Ogrodzie Saskim. Wiadomo, pogadać ze znajomymi trzeba. Zwłaszcza gdy przyjeżdża się tylko na weekend, mieszkając na co dzień dalej niż... krakowska przyzwoitość nakazuje;)

czwartek, 16 lipca 2009

Zadanie SuperNiani

W ramach nowych obowiązków zawodowych przeprowadziłam wywiad z SuperNianią. Niania okazała się szalenie sympatyczną i otwartą osobą, która ma rozsądne poglądy, a i od mocniejszego słowa nie stroni. Ujęła mnie opowieściami o tolerancji i konieczności mówienia dzieciom o takich tematach tabu, jak seks, śmierć, rozwody, odmienność wszelkiego rodzaju (homoseksualizm, niepełnosprawnosć, kolor skóry).

Zadała mi przy tym zadanie domowe. Wpisać w wordzie dowolny tekst, który zawiera słowo "inny". Zupełnie neutralny, jak "inna czekolada" czy "inny chłopak". A potem sprawdzić, jakie word podaje synonimy.

Dziś, wysyłając tekst do autoryzacji zdałam relację z odrobionego zadania. Niniejszym przekazuję je dalej (z zaznaczeniem, że copyright Dorota Zawadzka) - i proszę o komentarze. Nie zdradzam, jakie synonimy się pokażą, bo to część zabawy.

Zabawy?

wtorek, 14 lipca 2009

My Big Fat Warsaw Experience

Tydzień w Warszawie dał mi się we znaki. Aklimatyzacja następuje jednak nieubłaganie acz powoli. Wczoraj byłam pierwszy raz na basenie - co prawda warunki urągały przyzwoitości (chlor w wodzie i powietrzu, przewiewna kopuła namiotowa, niecka nadgryziona zebem czasu), ale kosztowało to tylko 10 zł/90 min.,) co jest dużą wartością w obliczu szoku cenowego, jaki przeżywam w stolicy.

Mam zresztą wrażenie, że nie tylko jeśli chodzi o ceny, ale i całokształt stylu życia - spotykam się tutaj ze wszystkimi polskimi wadami w pełnej krasie. W pigułce.

Na pierwszym miejscu jest nasze słynne ponuractwo. Od tygodnia nie słyszałam głośnego śmiechu (być może dlatego, że mało tu turystów). Ludzie pędzą po ulicach, jakby za punkt honoru stawiając sobie przybranie przy tym zasępionego wyrazu twarzy. Czyzżby za uśmiech groziło zwolnienie z pracy? Niestety, sama zaczynam czuć, że usta wyginają mi się w odwróconą podkówkę. Na szczęście na weekend jadę do Krakowa, mięśnie twarzy trochę odpoczną.

Po drugie, tusza i niezdrowe jedzenie. Z przerazeniem obserwuję ilosć otyłych osób na ulicach - nie spotykałam się z tym w Krakowie. Niekiedy jest to pewnie wynikiem choroby. Gdy jednak zobaczyłam w sklepie sąsiadkę z koszykiem, w którym były dwie mrozone pizze, dwie chińskie zupy, czekolady i - pewnie dla zdrowia - smietankowe serki, zatęskniłam za polską stolicą slow food i warzywami wprost z Kleparza czy innego placu Imbramowskiego.

I po trzecie, tipsy. Wszechobecne tipsy do spółki z klapkami, pasemkami, a u mężczyzn banalne koszulki albo garnitury. Czasem zdarzy się ciekawy strój, ale stolicą stylu Warszawa na pewno nie jest. Mało do podpatrzenia mimo obfitości sklepów. Czy to Escada, czy bazarek pod blokiem, trudno o coś oryginalnego. Jakby brakowało fantazji. Czy dress code obowiązuje tez po godzinach?

A zalety? Wszechobecne niegdyś chamstwo zniknęło. Nie wiem, gdzie poszło, znajomy ma teorię, że wyjechało na emigrację, jednak faktem jest, że "magiczne słowa" słyszę w każdej sytuacji społecznej. Co daje mi nadzieję, że aklimatyzacja jednak nastąpi i "Moja wielka warszawska przygoda" nie zakończy się przedwcześnie.

A poza tym obiecuję wrócić do formy i znowu pisać o banalnych, poważnych albo śmiesznych "donosach", a nie wylewać żale nad Warszawą. W końcu (prawie) kazdy tu był i swoje zdanie ma.

sobota, 27 czerwca 2009

Nazwisko Króla

Długo nie pisałam, bo byłam zajęta załatwianiem ostatnich spraw w Krakowie i przygotowaniami do przeprowadzki do Warszawy (tak, tak, już wkrótce...). Wypada jednak odnieść się do wydarzenia, które stanowi pewną cezurę w życiu dzisiejszych trzydziestolatków - czyli do śmierci Michaela Jacksona.

Właśnie, trzydziestolatków. Tak to wczoraj obgadywałyśmy z koleżanką przypadkowo spotkaną w barze wegetariańskim. Bo chociaż karierę Jackson zaczynał dużo dużo wcześniej, to przecież właśnie nasze pokolenie chowało się pod kołdrę wystraszone teledyskiem "Thriller" (program Wojciecha Manna, nazwy nie pomnę, w każdym razie jakieś ćwierć wieku temu). No dobrze, nie wiem, czy wszyscy, ale ja się chowałam. A za chwilę i tak zerkałam ciekawie w ekran TV.

Więc moje osobiste wspomnienie jest takie. "Królowi pop" zawdzięczam zdobycie pewnej popularności w pierwszej klasie podstawówki - i szybki tej popularności spadek. Otóż, w zerówce i pierwszej klasie byłam nie dość że jedną z pierwszych czytających i piszących (wiem, kujonka i nudziara;), to jeszcze potrafiłam pisać po angielsku. Co prawda odwzorowywałam literki "na małpę", ale niech tam, dobre i to.

Dlatego też koleżanki często prosiły mnie o wpisywanie w zeszycikach "Złotych myśli" (pamiętamy? pamiętamy!) nazwisk zagranicznych wokalistów. Jednym z moich popisowych numerów było zapisanie, jakże trudnego, nazwiska George'a Michaela. Jednak przy innym wokaliście wymiękłam. Nie potrafiłam sobie poradzić ze zbitką głosek "cks"? Te wszystkie litery razem? W jakiej kolejności? Nie dałam rady.

Rzeczonym wokalistą był oczywiście Michael Jackson. Tak to po raz pierwszy zetknęłam się w dzieciństwie ze sławą i siłą nazwiska "Króla". I natychmiast zostałam przez tę sławę powalona.

środa, 17 czerwca 2009

Dziś na Kleparzu...

- Majtki ci spadli!
Powiedziała jedna pani handlująca tekstyliami do drugiej.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

W dzieciństwie chciałam zostać żoną rabina…

A jeśli nie rabina, to przynajmniej pobożnego Żyda. Nie pytajcie, czemu, bo nie wiem. Być może jakąś rolę odegrała tu tęsknota jedynaczki za wielopokoleniową, rozległą rodziną? Może spodobał mi się zobaczony gdzieś obrzęd szabasu? A może to po prostu kwestia urody chłopców z Izraela. Nie wiem. W każdym razie, w miarę upływu lat i napływu wiedzy to marzenie odeszło w cień (bo jaki pobożny żyd ożeni się z chrześcijanką?), aby powrócić z całą mocą w ostatni weekend.

Otóż sobotę i niedzielę spędziłam u Ojca na działce. Ponieważ od kilkunastu lat nie mam telewizora (i nie zanosi się na zmianę), wizyty w domach któregoś z Rodziców to dla mnie okazja do podedukowania się w tym, co oglądają Polacy. A jednocześnie – bo tak się składa, że oboje mają tylko jedynkę, dwójkę i Polsat – do sprawdzenia, jak wydawane są pieniądze z moich podatków. Na misję mediów publicznych, rzecz jasna.

Trafiłam akurat na festiwal w Opolu. Ci, którzy widzieli, wiedzą, o co mi chodzi. Ci, którzy wybrali w sobotni wieczór inne rozrywki, niech się cieszą.

Zobaczyłam popis złego smaku (różowo-fioletowo-neonowy wystrój estrady), obciach (nieźli aktorzy chałturzyli tak, jakby na szali – obok ich zawodowej klasy – zawisł los cierpiącej głód rodziny) i ściemę (raper Tede jako symbol nonkonformizmu; ciekawe, czy Paktofonika wystąpiłaby w Opolu?). Oprócz tego jednak pewien występ poważnie mnie zaniepokoił. Otóż, kiedy na scenę weszli aktorzy z „Rancza”, rzucili kilkoma żartami, z których jeden brzmiał:

„Ci, którzy dobrze się bawią, niech podniosą prawą rękę. Ci, którzy źle się bawią, niech podniosą lewą rękę. A obie ręce niech podniosą Chińczycy, którzy wybudują nam autostrady”...

... i wywołał wśród publiczności dziką radość.

Zakładam z dobrej woli, że występujący nie chcieli przywołać obrazu Chińczyka przed plutonem egzekucyjnym – to byłoby zbyt makabryczne i chyba kwalifikowałoby się do postępowania karnego. Ale nadal nie rozumiem, dlaczego podstawą żartu stał się fakt bycia Chińczykiem – i dlaczego wywołał takie salwy śmiechu. Nawiasem mówiąc, nie pojmuję również, co śmiesznego w fachu budowniczego dróg. W kraju, w którym nadal mamy tylko wyroby autostradopodobne (określenie z dzisiejszej GW), tego typu umiejętności stanowią raczej powód do chwały.

Ale to nie koniec „misji” TVP. W niedzielę obudziłam się dość późno, ale na tyle wcześnie, by obejrzeć z Ojcem – zapalonym podróżnikiem – program Wojciecha Cejrowskiego. Dla wyjaśnienia – chodziło nam tylko o widoki azjatyckiego kraju, bo ani Ojciec, ani ja Cejrowskiego nie lubimy. Dziennikarz występuje bowiem w swoich programach z pozycji „białego człowieka”, przybysza z kultury wyższej (Sylwia, o ile się orientuję, pojęcie „wyższej” i „niższej” kultury dawno wyleciało z antropologii?), co akcentuje w sposób dość wyraźny. Jednym z jego obrzydliwszych zwyczajów jest przywoływanie tubylców przed kamerę kiwaniem ręki.

Taki gest – służący niegdyś do wołania służby – jest dziś na tyle niekulturalny, że przykładowo gość, który użyje go w restauracji do poproszenia kelnera, powinien liczyć się raczej z wylaniem zupy na spodnie niż z realizacją zamówienia. Nie mówiąc o tym, że sam wystawi świadectwo własnego braku kultury.

Cejrowskiemu to nie przeszkadza. Nie przeszkadza mu również wygłaszanie w mediach antysemickich i homofobicznych komentarzy. Mnie natomiast przeszkadza i to bardzo. Bo po pierwsze, dziennikarz robi to za moje podatki. A po drugie – bo to jest złe. Nie „w złym guście”, ale zwyczajnie złe. Nic dziwnego, że dzieci i dorośli, wychowane na podróżniku Cejrowskiem, śmieją się potem z tego, że ktoś jest Chińczykiem.

Jak to się ma do małżeństwa z Żydem? Ano, w ostatnich Wysokich Obcasach przeczytałam niezły wywiad z Diną Stambler, żoną warszawskiego rabina grupy Chabad Lubawicz. Na pytanie o telewizor w domu, bohaterka odpowiedziała:

„- Oglądamy tylko DVD. Jossi [syn] ogląda bajki – wcześniej ja na nie patrzę – czasem rodzina przysyła mi filmy z uroczystości domowych.
- Ale dlaczego? Przecież nie wszystkie filmy są niewłaściwe.
- Nie sądzę, żeby były jakieś właściwe filmy”.

Żoną pobożnego Żyda pewnie nie zostanę. Zapewne nie będę też mogła posłać ewentualnych dzieci do prowadzonego przez Dinę Stambler przedszkola. A szkoda. Cieszyłabym się bowiem, gdyby małe – zamiast edukować się przy TVP – mogły spędzać czas śpiewając chasydzkie piosenki ku chwale Jahwe, który stworzył i kocha wszystkie narody.

piątek, 12 czerwca 2009

Kocham Cię, Polsko, jak Irlandię

Podczas ostatniej wizyty w Warszawie, poszłam na koncert z okazji dwudziestolecia wolnych wyborów. Imprezę nazwałam na własny użytek "Koncertem im. inż. Mamonia" (czyli podoba nam się to, co znamy), ale nie będę tu malkontentem, bo miło było posłuchać "Centrali", poskakać do "Jezu jak się cieszę" albo "Kombinatu" czy pokiwać w rytm "Dorosłych dzieci". Wprawdzie wolałabym tych rzeczy posłuchać w Jarocinie, a nie przed Teatrem Wielkim, gdzie sporą część publiczności stanowili panowie z laptopami, ale jak się nie ma co się lubi... Zresztą dam głowę, że spora część panów, patrząc na słupki sprzedaży, też marzy o Jarocinie.

Koncert - było nie było, o patriotycznym wydźwięku - zakończył się zastanawiającą metaforą. Przedostatnią piosenką było "Kocham cię jak Irlandię" Kobranocki. A ostatni utwór to "Nie pytaj mnie o Polskę" Republiki, jeden z najbardziej pesymistycznych kawałków o zdegenerowanej ojczyźnie i desperackim przy niej trwaniu.

Zestawienie było pewnie niezamierzone, jednak te dwa utwory zabrzmiały we wzajemnym kontekście tak mocno i ironicznie, że nie pobiło ich nawet bisowe "Jest super", w którym Muniek wespół z Kukizem naigrawali się z polityków i policji.

Więc na koniec dostałam to, czego chciałam - kawałek inteligentnej kontestacji. Swoją drogą, szkoda, że wciąż jest konieczna...

Kryzys służy kobietom

Odnoszę wrażenie, że modnie jest chwalić kryzys. Celują w tym magazyny kolorowe z górnej półki - rozmaici felietoniści podkreślają, jak to recesja pozytywnie wpływa na Polaków rozmowy (po redukcji etatów mamy więcej czasu!) oraz uzdrawia relacje rodzinne i sąsiedzkie. Wracamy do pożyczania sobie cukru i jajek, gier planszowych zamiast chodzenia po marketach, "domówek" zamiast clubbingu. Wybierzemy wakacje na Mazurach, a nie lans na Majorce.

Nawet Małgorzata Szumowska, którą skądinąd cenię i podziwiam, w którymś z pism cieszyła się, że na nowo odkryjemy smak chleba - bo ona miała już dość wychodzenia z przyjaciółmi na nowobogackie sushi.

Postanowiłam iść za tym trendem i sporządzić własną listę plusów kryzysu. Oto ona:
1) wprawiłam się w robieniu naleśników i racuchów – szczególnie polecam te z rabarbarem
2) po 20 latach przypomniałam sobie smak pasztetowej
3) do Warszawy jeżdżę nie ekspresem, ale 5-godzinnym pospiesznym; dzięki temu miewam okazję do ciekawej dyskusji, bo pasażerowie nie wpatrują się w laptopy. Inna sprawa, że ja sama też nie mogę wgapiać się w laptopa, chociaż czasem chciałabym popracować. Jednak PKP odgórnie zakłada, że w pospiesznych nie ma prądu w gniazdkach. Kiedyś konduktor omal nie wybuchnął śmiechem, gdy o to zapytałam
4) przy okazji wizyty w urzędzie pracy (dotacje na firmy zablokowane do grudnia) wreszcie odwiedziłam na dłużej Mamę.

Poza tym – jak to ustaliłyśmy z koleżankami – kryzys służy kobietom. Wystarczy spojrzeć na Katarzynę Grocholę, Małgorzatę Kalicińską czy choćby archetypiczną J.K. Rowling. Wszystkie w pewnym momencie znalazły się na dnie kryzysu, osobistego i zawodowego. I wszystkie wykaraskały się z niego same, pisząc bestsellery i zarabiając na nich krocie. Pluję sobie w brodę, że nie wykorzystałam należycie kryzysowych miesięcy, bo nawet z tak wyrywkowej analizy branży wydawniczej wynika, że miałam dużą szansę na zostanie pisarskim krezusem.

Teraz jednak – jak podpowiada moja intuicja – kryzys dobiega końca. Z przyjemnością zobaczyłam też na ekranie w metrze, że potwierdza to jakiś znany spec giełdowy. Dlatego podsumuję gazetowe felietony, korzystając z własnego doświadczenia.

Otóż, drodzy państwo, strzelacie sobie samobója. Kobieta, która ma jeszcze pracę, zasuwa jak szalona, żeby etatu nie stracić. Na uzdrawianie więzów i wyprawianie "domówek", niespecjalnie ma czas. Tym bardziej na lekturę kolorowego pisma. A kobieta, która już straciła pracę i żyje albo z zasiłku, albo ze skromnych umów o dzieło – jest zbyt zdołowana czy zaganiana, żeby organizować powyższe aktywności. A kolorowego magazynu po prostu nie kupi, bo za drogo. I ani wydawca nie zarobi, ani ona nie dowie się, że w gruncie rzeczy powinna cieszyć się ze swojej, jakże modnej, sytuacji.

A dodam jeszcze, że w przeciwieństwie do moich lepiej sytuowanych rówieśników – nie mam przesytu smakiem sushi. Co więcej, zdarzyło mi się spróbować specjału tylko ze trzy razy w życiu. Dlatego – chociaż uwielbiam świeży chleb – po zakończeniu recesji wybiorę się na ryż z wodorostem i surową rybą. Najchętniej do warszawskiej knajpki mojego kuzyna, który rodzinie daje 30 proc. zniżki. Mimo wszystko, oszczędzać trzeba. Co jak co, ale to, że przyjdą kolejne kryzysy – mamy jak w banku.

I może wtedy wreszcie napiszę powieść…

czwartek, 4 czerwca 2009

O smoku i literkach

Dzisiaj będą dwa cytaty z życia wzięte, ni z gruszki ni z pietruszki, niepasujące do siebie, ale takie, co zapadły mi w pamięć.

Sytuacja pierwsza: impreza w domu znajomych. Dużo dorosłych w salonie na parterze i równie dużo dzieci, bawiących się na piętrze. W naszej rozmowie zeszło na narkotyki. Kto próbował za lat studenckich, kto nie próbował, kto by chciał, a kto by nie tknął. Potem inne anegdotki jak ta - usłyszana przeze mnie poprzendiego dnia - o ropusze, która postraszona wydziela substancję zbliżoną do LSD. Na to kolega odpowiada kawałem: Chłopak pyta babci: "Babciu, gdzie się podziały takie kolorowe papierki z mojego pokoju, z rysunkami i napisem LSD?", G.... papierki! Widziałeś tego smoka w kuchni?!".

I tak o sobie przyjemnie gadamy, kiedy z piętra wybiegają dzieci, poprzebierane w papierowe maski, z okrzykiem:
- Dorośli, widzieliście dwugłowego stwora??!!

...........................

Sytuacja druga: zleceniodawczyni pracuje z grafikiem nad projektem strony internetowej. Omawiają warstwę typograficzną. Zleceniodawczyni:

- Czy ta czcionka jest sexy?
- Nie, to Helvetica.

poniedziałek, 25 maja 2009

Jak piją kobiety...

Mały przyczynek do badań psychologicznych nad żeńskim modelem samotnego picia alkoholu.

Wczoraj smażyłam na obiad racuchy. Było tego sporo, więc nie dojadłam i kawałek racucha zostawiłam na stole. Potem wyszłam, pojechałam rowerem na Kazimierz oddać korektę i do kościoła. Po powrocie byłam tak głodna, że rzuciłam się na leżący na talerzu kawałek placka.

A potem rozejrzałam się po kuchni. Latała po niej obrzydliwa, wielka czarna mucha. Taka co siada na śmieciach i nie tylko. Uruchomił mi się szybki proces myślowy: "mucha siada na śmieciach (i nie tylko) - mucha lata po kuchni - w kuchni na wierzchu leżał kawałek słodkiego racucha - mucha na pewno na tym siadła - a ja to zjadłam".

Więc w konsekwencji otworzyłam szafkę, gdzie jest zadekowana "weselna wódka", odkręciłam butelkę i, bez zbędnych ceregieli, chlapnęłam słuszną banię - dla odkażenia...

piątek, 22 maja 2009

Etyka na plus

Robię redakcję tekstu do gazety firmowej i zafascynowało mnie takie zdanie:

"Co jeszcze można zrobić, aby etyki - w dobrym tego słowa znaczeniu - było na co dzień więcej w naszej pracy?".

Ja rozumiem, że język traci swoją jednoznaczność, ale żeby zaraz precyzować "dobre znaczenie" etyki...

poniedziałek, 18 maja 2009

Róbta co chceta, Owsiak i Malicki

Dzisiaj nie mam inwencji na pisanie, więc zamiast tego zacytuję. "Róbta co chceta. Listy do Owsiaka", rzeczywiście wysyłane przez młodych ludzi do J.O. Jeszcze w czasach Bruma i Róbta co chceta. Wydane zostały w 1992 roku w Otwocku, w wydawnictwie Dobrucki i Malicki DMS. Tak, tak, wzrok Was nie myli, ten sam Maciej Malicki, witrażysta i pisarz! "Listy" były bodajże jedynym jego dziełem wydawniczym (ale za to jakim... ilustracje są Dwurnika). Istnieje zresztą tajna teoria, którą miałam szczęście poznać, że niepowtarzalny styl M.M. powstał właśnie pod wpływem listów do Owsiaka. Fragmenty "Takich tam" zacytuję, ku uciesze czytelników, a swojej zwłaszcza, kiedy indziej. Dziś czas na fanów Jurka.

....................

"Mieszkam w małym miasteczku ze wszystkimi tego konsekwencjami" Marcin

"Na wstępie mego listu nie pozdrowię was mile i serdecznie, bo pani od polskiego powiedziała, że tak nie można."

"W Krotoszynie panuje zdecydowany brak tolerancji."

"Nie chcę sławy, potrzebuję glanów" Pyton

"ul. Myśli-Wiecka. Kim był Wiecek? O czym myślał?"

"Gliny miały pretensje, że ktoś założył niemiecki hełm. No nie rozumiem. Przecież można się ubierać w co się chce, przecież niby jest wolność?!"

"Oto kasa na dzieciaki. Więcej nie mam. Wybacz, że takie i tylko tyle. One są znalezione. Swoich nie mam" Jacek

"Ja mam na imię Jurek, a mój kumpel z klasy nazywa się Owsiak Wiesław" Janusz

"Mam niecałe 16 lat i, jak zorientowałeś się po wstępie, jestem wyznawczynia religii wedyjskiej, ale słucham metalu. Jestem licealistką o zainteresowaniach humanistycznych, największą rolę odgrywają dla mnie wartości dydaktyczno poznawcze i idea. Wysyłam Ci znaczek na gazetę. Błagam o nią! No i czekam na twoją odpowiedź. Jesli mi odpiszesz, to będę w ekstazie! Chyba się zaćpam! Albo nie, bo to wbrew III zasadzie mojej wiary - zakazie intoksykacji" Anna

"Jeśli mam być szczery i obiektywny, to muszę dodać, że w domu spokój, a w budzie też całkiem znośnie" Robert

"Dziękuję pięknie. Za to, że podniosłeś mnie na duchu. Teraz olewam wszystkie zakazy starego, wszystkie opinie facetek i robię co mi się tylko podoba. W szkole przestawiam godziny, użeram się z woźną i niektórymi facetkami, szaleję z kumplem i emigruję z zajęć lekcyjnych, włóczę się ulicami, naśmiewam się z tych, którzy wytykają mnie palcami. Ale nikomu nie robię krzywdy i uważam się za dobrego człowieka."

"Dzięki za wydrukowanie mojego adresu. Trochę było przekręcone nazwisko z Leśków na Cieślak, ale co tam. Mam teraz kupę listów i starsi dziwią się czemu na wszystkich jest Cieślak. Wszystkie listy są miłosne i pełne propozycji łóżkowych. Te ostatnie z Wodzisławia i Żar" Wioleta

Do Kota, z wielkim pardon:

"Piszę z dziury, która nazywa się Gorlice. Wszyscy ludzie u nas są głupi. Nasza szkoła jest najgłupsza. Jest w niej radiowęzeł ale puszczają jazz. Ja też jestem głupi." Piotrek, 13 lat

I...

"Pora kończyć. Robi się późno i tłoczno. Siedziałem na dworcu PKP i właśnie do mnie podeszli dwaj w niebieskich mundurach. I spytali co robię. A ja, że siedzę. Oni - idziemy. Ja - to idźcie. I w nogi. To było pięć minut temu i im zwiałem. Teraz też siedzę na dworcu, tyle, że PKS" Sławomir

sobota, 16 maja 2009

Babskie pienia

Wiem, że ciągle nadaję na "Gazetę Wyborczą". Nie wynika to jednak z niechęci do tego pisma, a - paradoksalnie - z faktu, że je doceniam i żałuję niepojętych decyzji redakcji, które sprawiają, że z miesiąca na miesiąc jest coraz mniej do czytania. Nader silne uczucia budzą się we mnie, gdy sprzątam przed świętami. Przeglądam wtedy egzemplarze "Wyborczej" sprzed pięciu-dziesięciu lat. Z reportażami Wojciecha Tochmana, Leszka Talki, Olgi Stanisławskiej, Ś.P. Beaty Pawlak. Jakoś nie zyskali godnych następców.

To trochę jak z kochankiem, który nas zafascynował, bo interesujący, piękny i ma coś do powiedzenia. Ale nagle zauważamy, że tygodnia na tydzień, z soboty na sobotę (zbieżność ze "Świąteczną" i "Wysokimi Obciachami" nieprzypadkowa;) coraz gorzej nam ze sobą. Niby potencja(ł) kochanka wciąż ten sam, ale jakby przestał się starać. Już nie zaskakuje. A i wymaga coraz więcej, coraz mniej dając w zamian (przypomnę, że GW zdrożała do 2,5 zł!).

Tak to gadałyśmy dziś z koleżankami, znającymi i rynek prasy, i samą Agorę. I obgadując, wymyśliłam kolejną akcję społeczną. Po narzekaniu na ojców, na mężów, będzie można zastanowić się nad rolą kobiet w społeczeństwie. W grzbiecie głównym znajdą się (publikowane dotąd w "Obcasach", najczęściej jako list tygodnia) męskie żale i pretensje. Ekspiacje i pożegnania na zawsze.

Akcja ruszy jak tylko skończy się sezon na bieganie i "Męska muzyka".

Będzie nosiła nazwę "Babskie pienia".

Wstępniaka do niej napisze...................

Ludzka warszawka

Spędziłam ostatni tydzień w Warszawie. Jak znajdę pracę, to się tu przeniosę. Jak nie znajdę, a tak mi się spodoba - to też.

Wszyscy w Krakowie mi mówią:
- Warszawa, nieee, no co ty, zwariowałaś chyba. Tam tylko kasa i kasa, kasa i kasa... Pracujesz od świtu do nocy, żadnego życia.

A tymczasem jadę sobie metrem, a tam największe tłumy w okolicach godziny 16. Ludzie wracają do domu po pracy. Wieczorem na każdej stacji objęci zakochani. Na Krakowskim Przedmieściu - randkowicze. W ogóle spokój, cisza, można przejść, nie wymijając turystycznej masy, jak na krakowskim Rynku.

Dzwonię do redaktora jednego z pism - nie, nie ma czasu się spotkać, bo żona w zaawansowanej ciąży. W ogóle dużo tu kobiet w ciąży. I tatów i mamów z wózkami. A na imprezie u kolegi - fotografika - same pary. Zakochane, zaręczone, ślubne. Przefajni ludzie.

Przypominam sobie "magiczny" dla warszawiaków Kraków. Spotkania z koleżankami-singielkami, single parties, narzekanie na brak faceta - sama to jeszcze kiedyś robiłam (teraz już, na szczęście, nie narzekam:). Wieczory w knajpach po dziesięciu latach tego samego stały się nudne. I te bezosobowe tłumy na Rynku. Rany, coś mi tu nie gra. Albo Pani Warszawa wygrywa walkę z Panem Krakowem, albo... za bardzo wszyscy jedziemy stereotypami.

Sama nie jestem od tego wolna. Czasem - jak każdy - za bardzo chcę widzieć to, co uważam, że powinnam: bo opowieści znajomych, bo opinia, bo media (jak wiadomo, upraszczają wszystkie zjawiska;). Fajnie było spojrzeć z prawdziwszej perspektywy.

środa, 13 maja 2009

"Dlaczego rozstrzelali Stanisławów"

W Warszawie wybrałam się na spotkanie z Martinem Pollackiem. Wybitny austriacki dziennikarz, równie znakomity pisarz i tłumacz, promował swoja najnowszą książkę, zbiór reportaży "Dlaczego rozstrzelali Stanisławów".

Szczerze - książki nie czytałam. Minęły (choć mam nadzieję, że jeszcze wrócą) te dobre czasy, kiedy dostawałam masę egzemplarzy recenzenckich, w tym od Czarnego, wydawcy Pollacka. Teraz z lekturą czekam nie tyle na listonosza, co na przypływ pieniędzy... Z kolei recenzje prasowe Pollacka przejrzałam dość pobieżnie, zajęta własnymi problemami z pracą.

Ale teraz postanowiłam się podciągnąć. Ponieważ Pollack jest autorem książki "Po Galicji", no i w ogóle wydawnictwo Czarne... uznałam, że książka będzie raczej o Wschodzie. A ściślej - o Ukrainie. Znakomiciej! A tytuł? Pewnie dotyczy jakiejś nieznanej zbrodni wojennej w dzisiejszym Iwano-Frankowsku. Wprawdzie nie słyszałam o takim epizodzie walk na Wschodzie, ale może chodzi o przemilczaną tragedię w rodzaju naszego Jedwabnego... Zwłaszcza, że na okładce widnieje para o raczej semickiej urodzie... Tak to wysnułam całą teorię.

Poszłam na spotkanie. Moje przypuszczenia potwierdzały się - reporter gościł w Austriackim Forum Kultury, w budynku przyklejonym do jedynych dwóch kamienic, jakie ocalały z warszawskiego getta (nawiasem mówiąc, wstrząsające wrażenie).

Pollack mówił ciekawie - jak to on. Samo słuchanie go było przyjemnością. Ja jednak cały czas myślałam, jaka to zbrodnia dokonała się w galicyjskim Stanisławowie. Czy powie o tym?

Powiedział. Na prośbę prowadzącej streścił tytułowy reportaż.

Stanisław Grzanka i Stanisław Mędrek to dwaj polscy robotnicy, rozstrzelani w austriackiej wsi przez czerwonoarmistów, tuż po zakończeniu wojny. Dlaczego? Z okrucieństwa czy obawy przed szpiegostwem? - tego nie wiadomo.

Zezłościłam się na moje dwugodzinne siedzenie, z którego nic ukraińskiego nie wynikło. Potem zaśmiałam się w duchu z własnej pomyłki. A teraz sobie tak myślę: czy to lepiej, że okazało się, że nie zginął cały Iwano-Frankowsk, ale dwóch mężczyzn o imieniu Stanisław? Czy to nie jest - równie bezduszne - odwrócenie słów Stalina o tragedii śmierci jednostki i statystyce zabitych milionów?

niedziela, 10 maja 2009

Konsumpcyjny holocaust

"Bodies" - ta głośna wystawa, jak wiadomo, od jakiegoś czasu gości w warszawskim Blue City. Ja też o niej wiedziałam, zaczytywałam się ze dwa miesiące temu w komentarzach publicystów na temat kontrowersyjnej prezentacji ludzkich ciał. Upozowanych jak w cyrku, żeby widać było każdy mięsień napięty z wysiłku. Pozbawionych nie tylko skóry, ale i godności, jaką daje śmierć. Stałam na stanowisku, że taka wystawa to igranie z tajemnicą życia i umierania. To niebezpieczne przekraczanie granicy, za którą z tego, co powinno być otoczone najwyższym szacunkiem - powstaje folwark.

Ale, o dziwo, zapomniałam o tym. I wybrałam się dziś z koleżanką do Blue City, żeby zwiedzić goszczący tam jarmark produktów regionalnych (i skosztować co nieco).

Tuż przy wejściu powitała nas wielka plansza, na której napis głosił: "Czy wiesz, że gdy się uśmiechasz, napinasz tylko 18 mięśni twarzy, a gdy się smucisz - aż 68" (cytuję z pamięci). Pomyślałam, że to promocja jakiegoś zdrowego stylu życia, fitnessu, w najgorszym razie pasty do zębów. Ale nie - podpis głosił "Bodies, poziom 3+".

Że nie obejrzę wystawy, powiedziałam od razu, chociaż koleżanka była nawet chętna. Ale jednak nie spodziewałam się, że poczuję to, co poczułam - zgrozę i wstyd, że mam oglądać kaszanki i sery, kosztować konfitur, podczas gdy zaledwie trzy piętra nade mną jest kilkudziesięciu umarłych. Przyznam ze wstydem - nie wyszłam z Blue City, chociaż czułam, że powinnam to zrobić, aby być konsekwentna. Nie mam więc moralnego prawa naskakiwać tutaj na ludzi, którzy w najlepsze robią zakupy, gdy nad ich głowami rozgrywa się cyrk.

Wychodząc, znowu natknęłam się na tablicę informacyjną: "Czy wiesz, że ludzkie kości są 3 razy mocniejsze od tytanu?" (znów cytuję z pamięci). I zastanowiłam się, po co ta wystawa. Czy w imię nauki? Stulecia temu, oficjalnie w w imię nauki, w gruncie rzeczy dla zaspokojenia własnej perwersyjnej ciekawości (a swoją drogą, jaka ciekawość nie jest perwersyjna?), kolekcję umarłych ludzkich "dziwadeł" w formalinie sporządził car Piotr Wielki. Opisała to m.in. Olga Tokarczuk w "Biegunach".

Ale opisała to ze zgrozą i taka też była tamta kolekcja - ukrywana głęboko, z nabożnym lękiem prezentująca (nielicznym, którzy zasłużyli na łaskę cara) tajemnicę potworności życia i śmierci. W przypadku "Bodies" nie ma zgrozy ani lęku. Ktoś wtłacza nam w głowę, że oglądanie nieżywych ludzi, pomiędzy kupnem bluzki a zjedzeniem lodów z włoskiej cukierni, wzbogaci nasz umysł. Nie wzbogaci. O tym, ile mięśni ma człowiek, przeczytam chętnie w encyklopedii. Jeśli miałabym dzieci, nie zaprowadziłam ich - w ramach korków z biologii - na "Bodies". Ostatnią rzeczą, jakiej chciałabym je uczyć, byłoby odbieranie szacunku śmierci. Nie jestem święta, nie zbojkotowałam Blue City, ale wiem, gdzie postawić granicę.

Na zajęciach z teorii literatury, z genialnym szalbierzem, profesorem Michałem Pawłem Markowskim, dowiedziałam się, że Holocaust był w prostej linii efektem Kartezjańskiego podziału świata na podmiot i przedmiot. No więc dla mnie granica stoi właśnie tutaj. Jest nią kolejne w historii uprzedmiotawianie człowieka, w tym wypadku - człowieka martwego, a więc świętego. Dla mnie "Bodies" to nie nauka. To wystawiony na widok publiczny, cholerny konsumpcyjny holocaust.

Kreatywny miód na duszę - podziękowania:-)


Siadłam sobie do komputera, zmęczona warszawskim tygodniem, przygaszona trudnością, z jaką trzeba zdobywać zlecenia na pisanie i redagowanie, a tu... niespodzianka, i to jaka miła! Lemurka, autorka bloga Lemuria przyznała mi nagrodę Kreativ Blogger!

Zawsze bardzo się cieszę, kiedy się okazuje, że ludzie czytają moje zapiski - bo dziennikarki i redaktorki też bywają niepewne siebie;) a tu nie dość, że czytelniczka, to jeszcze takie wyróżnienie. Dziękuję bardzo! Pozwolę też sobie zabawić się Oscarowo: Dziękuję Panu W., który namówił mnie do pisania bloga i dziękuję Kotu aka Muza, który kopnął mnie w tyłek i nakazał ponowne pisanie, kiedy nie miałam już do tego chęci;)


I kiedy tylko się trochę rozpatrzę w zasadach nagrody i możliwościach mojego komputera, to postąpię jak należy, czyli nominuje siedem kolejnych blogów i wstawię logo nagrody na swoja stronę:)

..................

Następnego dnia:)
Logo już wstawiłam. Teraz czas na nominacje. Kolejność nieobowiązkowa.

1. Poczytane - Tomasz Pindel i Szymon Kloska piszą o literaturze. W pełni profesjonalnie i z doskonałym humorem. Zauważają trendy, absurdy, sytuacje. Do śmiechu, do wiedzy, do podziwu;)
2. Piksele Agaty Dębickiej - dziewczyńskie życie w sieci, ale też ostra i sarkastyczna nieraz obserwacja rzeczywistości. Ironia i czułość - niezły duet!
3. Co tam czytam - świetny blog krytyczki i poetki Agnieszki Wolny-Hamkało. Horrory i radości życia literackiego.
4. Pesto - blog literata, ale nie będzie o literaturze. Michał Kaczyński nieraz ratował mnie w chwilach kryzysu swoimi świetnymi przepisami kulinarnymi za 5 zł. I tanio, i zdrowo, i antykonsumpcyjnie.
5. Smak imprezy - a skoro o jedzeniu... Olga Smile pewnie nieraz słyszała, że nieprzypadkowo nosi takie nazwisko. Jej przepisy podnoszą na duchu. Nawet jeśli tylko się je czyta;)
6. Stanikomania - blog Stanikomaniaczki, obsypany już wprawdzie nagrodami, ale myślę, że i kolejna się zmieści. To misja specjalna dobierania Polkom staników (ponoć 80% nosi zły rozmiar, co jest i szkodliwe, i mało estetyczne). Nominuję za pomysł, dobry humor i konsekwencję w uświadamianiu kobietom tego, co każda dziewczynka wiedzieć powinna - a często nie wie...

czwartek, 7 maja 2009

Podręczny zestaw "memento mori"

Kupiłam dziś w Rossmanie pakiet transplantologiczny. Brzmi makabrycznie, a chodzi po prostu o karteczkę do trzymania w portfelu, która informuje o wyrażeniu zgody na przeszczep własnych narządów, oraz silikonową bransoletkę z napisem "Powiedz tak" (przy okazji, w jaki sposób to hasło ma kojarzyć się z transplantologią, nie rozumiem; copywriter chyba zasnął na chwilę). Kosztuje ten zestaw 5 zł - oczywiście przeznaczonych na szczytny cel.

Kupiłam, podpisałam karteczkę, wetknęłam do portfela. Bransoletkę, chociaż paskudna, wsunęłam na nadgarstek. I w tym momencie ogarnęły mnie wątpliwości:

- skoro bransoletka ma potwierdzać moją zgodę na przeszczep, to chyba powinnam mieć ją na ręku w chwili śmierci
- oznacza to, że powinnam ją nosić codziennie
- oznacza też, że każdego dnia, co rano, będę na nowo zyskiwać świadomość własnej śmiertelności
- a jeśli, daj Boże, nie będzie szansy na oddanie narządów, to bransoletkę będę musiała nosić aż do osiemdziesiątki (co najmniej;). Na wszelki wypadek.

Ponure myśli. Poza tym sugestia była tak silna, że cały czas miałam wrażenie jakbym za chwilę miała wpaść pod tramwaj albo metro.

Popieram transplantologię, w razie potrzeby poprę ją własnym ciałem, że się tak wyrażę, ale nie chcę na co dzień myśleć o tym, że mogę umrzeć. Poczułam, że zamiast radości z ofiarowywanego życia, pakiecik budzi we mnie niezdrowy kult śmierci. Więc natychmiast ściągnęłam mało gustowną bransoletkę. Ale karteczka ze zgodą - oczywiście - została w portfelu.

niedziela, 3 maja 2009

Cyganka na ławeczce

Czekałam na autobus. Ławeczkę na przystanku zajmowała babcia z wnuczką, rozmawiały sobie przyjaźnie. W pewnym momencie babcia zaczęła delikatnie strofować wnuczkę, że ta ma umazane ziemią rączki i buzię.

- Jesteś brudna jak mała Cyganka.
- A dlaczego jak Cyganka?
- Kochanie, dlatego że cygańskie dzieci są brudne, bo się nie myją...

W tym momencie podjechał autobus i nie usłyszałam końca tej ciekawej rozmowy, przygotowującej małą do życia w demokratycznym, wielokulturowym społeczeństwie.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Kryzys nie całkiem z klasą

Kot, wierna czytelniczka tego bloga, na którą zawsze można liczyć - czy to jeśli chodzi o walenie prawdy między oczy, czy walenie przeciwnika na matę - opierniczyła mnie ostatnio, że nic tu nie piszę. Fakt, zaniedbałam się blogowo. Skłonił mnie do tego ogólnoświatowy kryzys, który - przynajmniej w teorii i tłumaczeniach - stał się przyczyną mojego kryzysu pracowego, a ponadto mój prywatny osobisty kryzys. Oba na długo wyparły ze mnie zdolności twórcze. Ale wracam.

Co do prywatnych kryzysów, to bywają o tyle pożyteczne, że można je wykorzystać dla dobra ogółu. Otóż w ostatniej sobotniej - a jakże - "Gazecie Wyborczej", w artykule Katarzyny Staszak, czytamy:

"Gdy odkryłam, że J. mnie zdradza, bolałao [...] Ze stresu nie mogłam spać. Postanowiłam się ratować. Psychiczna udręka zabrała mi sen, to może fizyczna przywróci? Kupiłam buty, wcześnie rano wybiegłam".

Niegdyś dyżurnym agorowym specjalistą od akcji społecznych był Piotr Pacewicz. Przy całym szacunku dla redaktora, zastanawiałam się czasem, czy nie nudzi mu się (i nie myli...) pisać a to o bieganiu, a to o rodzeniu po ludzku, a to o umieraniu z klasą. Ale pan Pacewicz pisał obiektywnie i w dawnym dziennikarskim stylu, o idei raczej, o zjawisku, a nie o ludziach. Żadnych wycieczek osobistych - może dlatego pozostał dla mnie w pewnym stopniu na piedestale i kiedy na Czerskiej wyszedł do holu, gdzie przyjmuje się gości, i przedstawił mi się "Piotr Pacewicz", nie byłam w stanie wybąkać, że czekam, owszem... ale na kogoś innego.

Potem o bieganiu zaczęła pisać Magdalena Żakowska. Zwierzała się, że ma małe dziecko i może biegać tylko wtedy, kiedy jej mąż zajmuje się chłopcem. W ten sposób dowiedziałam się, że wybitny dziennikarz Jacek Żakowski jest ojcem malca. W porządku, nie musi stać na piedestale, chociaż trochę głupio wdeptywać w życie osobiste kogoś, u kogo chętnie pouczyłabym się warsztatu.

Teraz Katarzyna Staszak, aby zachęcić ludzi do maratonu, przedstawiła historię swojego nieudanego związku. Z zaskoczeniem przeczytałam o toksycznym facecie J., który robił jej wymówki, że nie jest artystką wolnego ducha i zawodu, a więc nie może odbierać jego telefonów w porze, kiedy ma zebranie redakcyjne. I o tym, że J. zdradził autorkę tekstu z babką, która miała większe piersi. Cały opis był po to, żeby pokazać, jak bieganie ma zbawienny wpływ nie tyle nawet na figurę (tu akurat protestuję, jako wieloletnia wielbicielka sportu stwierdzam, że może ma zbawienny wpływ, ale na pewno nie na rozmiar piersi, które, jak wiadomo, składają się głównie z tkanki tłuszczowej - a ta dziwnie zanika po ćwiczeniach kardio), ale i na psychikę.

Pytanie tylko, dlaczego aby poznać taki truizm, musiałam przebrnąć przez opisy intymnych problemów dziennikarki. Dlaczego Gazeta - na własne życzenie i korzystając z zasobów własnego ogródka - robi z siebie tabloid? Czy w końcu przeczytamy, jak Odchudzanie z klasą (czyli akcja Odważ się) wpływa na pożycie seksualne uczestników - dziennikarzy?

Ale może ja jestem starej daty? Wciąż bowiem uważam, że gazety powinny pisać o sprawach, które interesują wszystkich - a nie tylko wścibskich znajomych biegaczki. I że dziennikarz powinien być w dużym stopniu przezroczysty i przynajmniej pozornie ukryty za niusem, reportażem czy wywiadem.

Tak czy inaczej, mimo że spadek gospodarczy dał mi się we znaki, w prasie nietabloidowej wciąż wolę poczytać o kryzysie ekonomicznym, niż o nawet najbardziej palących dziennikarskich kryzysach osobistych.

poniedziałek, 2 marca 2009

Krytyczna krytyczka

Zostałam dziś krytykiem kulinarnym (sorry: krytyczką). Nie żebym się starała, samo wyszło. Ale od początku.

Pracuję w Restauracji. Wielka litera jest nieprzypadkowa, to Bardzo Bardzo Znana Restauracja. Niestety, nie jestem kelnerką, to akurat by miało jakiś sens. Pracuję tam jako dziennikarka i redkatorka.

Zaczęło się od tego, że Właściciele Restauracji chcieli uruchomić portal. Przez dwa miesiące pisałam o takich przyjemnościach jak fotografie Helmuta Newtona czy kalendarze Lavazza. Potem idea portalu padła.

Po przeróżnych perturbacjach i formach pośrednich Właściciele Restauracji w moich nowych obowiązkach umieścili marketing wypasionej stołówki pracowniczej na 1500 osób. Nie mając pojęcia ani o marketingu, ani o gastronomii, zamawiałam pudełka do pizzy i serwetki gastronomiczne, uruchamiałam stronę internetową i spośród fajnych pomysłów naszego grafika na ulotki - wybierałam te najfajniejsze. Stołówka rusza w tym tygodniu. Jestepięęęęękna:) a ja dostałam od kontrahentki zaproszenie na targi Euro Gastro do Warszawy.

A teraz robimy serwis internetowy. Mam pisać o sztuce gotowania /jedzenia i savoir-vivre. Już teraz dowiedziałam się bardzo ciekawych rzeczy - że herbaty nie należy pić z cytryną, a polski gust żywieniowy jest plebejski. I że mamy działać jak Paris Hilton - ma być nas w necie dużo i mamy udowodnić, że jesteśmy ekspertami stylu.

Hm. W dziedzinie savoir-vivre jestem raczej żeńskim odpowiednikiem Wokulskiego. Nie widzę problemu, żeby trzymać widelec w prawej ręce, skoro mi tak wygodnie. Kieliszki do wina mam jednego rozmiaru - akurat takie, jakie były w sklepie. W zasadzie też od siedzenia przy stole wolę sport.

A w ogóle uwielbiam herbatę z cytryną, a moje ukochane dania to śledź w śmietanie z ziemniakami w mundurach i sałatka z wędzonej makreli. Paris Hilton nie jest mi obca, bo lubię przeglądać Pudelka. Tyle tylko, że arbitrem stylu jest dla mnie raczej Marlena Dietrich. Albo Audrey Hepburn. A w ogóle to próbuję czytać sobie eseje Rorty'ego, nowo wydane;)

Jaki morał? Po pierwsze, Szefostwo dla mnie i ja dla Szefostwa jesteśmy pewnie jakimiś stworami z Księżyca i zawsze bedziemy pewni, że to my mamy rację - oni z kulturą jedzenia i glamour, ja - z plebejskimi rybkami, basenem i trudnawym filozofem;)

Po drugie, taki morał, że chciałam napisać coś od siebie i wyżalić się, że jak ja sobie, do cholery, poradzę z pisaniem o ułożeniu talerzy i foie gras?!

niedziela, 22 lutego 2009

Rysie - niefajne chłopaki?

Pomóż rysiowi! - swego czasu dałam się przekonać temu hasłu i zadeklarowałam comiesięczną wpłatę 10 zł na konto fundacji WWF, działającej na rzecz ochrony polskich rysiów.

Bohatersko trwałam przy tym postanowieniu. 10 zł kwota niby niewielka - ale raz czy dwa zdarzyło się, że tuż przed wypłatą zasiłek szedł prosto z konta w łapy rysia, a ja musiałam zadowolić się kaszą gryczaną z masłem na obiad. Nic to - następnego dnia konto i tak było zasilane, a miałam satysfakcję, że mój brak obiadu ma przynajmniej słuszny cel.

Do czasu. Pewnego razu, w folderze comiesięcznie przysyłanym na mój adres przez WWF (zastanawiam się, czemu ekologiczna fundacja wysyła pocztą pliczki papierów, które i tak zaraz idą na śmietnik - do odpowiedniego kontenera, zaznaczę - zamiast zadowolić się e-mailowym newsletterem) znalazłam wezwanie, aby wspomóc finansowo... łososie, błądzące w celu znalezienia odpowiedniego miejsca na tarło. Zignorowałam wiadomość. Zasiłek dla rysiów to jedno, ale wsparcie seksuologiczne dla łososi to już gruba przesada.

Dwa tygodnie później na mój telefon przyszedł sms. WWF prosiła - wesprzyj polskie niedźwiedzie. Wykasowałam natychmiast. Nie dlatego, że nie lubię misiów - nie żywię przecież do nich urazy za przerażenie, jakiego w Bieszczadach każdorazowo doznawałam na dźwięk łamanych gałęzi. Zirytowała mnie raczej nachalność ekologów i prośby coraz bardziej odległe od rzeczywistości, w której żyję.

I oto kilka dni temu czytam w "Rzepie", że polski ryś, który został poraniony przez wnyki i w efekcie poddany amputacji łapy - będzie miał protezę. Wykonaną w Wielkiej Brytanii, na koszt fundacji WWF.

Pomyślałam o dzieciach, które czekają na operację. O Filipie, niewidomym studencie dziennikarstwa, który zmasakrował sobie nogi w warszawskim metrze i prosi o wsparcie. O jakimkolwiek słusznym celu, na który mogłaby iść nawet niewielka kwota 120 zł rocznie - ale przecież nie o anglosaskiej protezie dla rysia! Na taki sposób wydawania pieniędzy nigdy bym nie wpadła.

Więc - sorry Winnetou, biznes is biznes - jutro wycofuję z banku zlecenie dla WWF. Kryzys uczy rozsądnego wydawania. Więc jeżeli mam na coś przeznaczyć choćby godzinę mojej pracy miesięcznie - to niech to nie będzie absurdalny eko-system.

niedziela, 15 lutego 2009

Kotek psotek

Odwiedziłam wczoraj przyjaciół, poruszaliśmy przy winie różne tematy. Rozmowa zeszła w końcu na postać Karola Kota, seryjnego mordercy sprzed ponad 40 lat, zwanego "wampirem z Krakowa" (vide: Marcin Świetlicki, "Karol Kot").

Omawialiśmy psychopatię Kota, powiązania rodzinne i towarzyskie (w małym Krakowie nieomal każdy rdzenny mieszkaniec jest kuzynem lub znajomym kuzyna innego rdzennego mieszkańca), sposoby dokonywania zbrodni (dźganie nożem lub bagnetem). W pewnym momencie czteroletni synek przyjaciół, zwabiony znajomym słowem, włączył się do rozmowy i jakże celnie skomentował:

- Kotek-psotek!

poniedziałek, 9 lutego 2009

Action: Jesus!

Od kolegi, co od lat mieszka w Stanach, dostałam namiary na poniższy link. Przekazał mi je - choć do pobożnych nigdy nie należał - z grozą w głosie. Ja też nie mogłam uwierzyć - najpierw w pomysł, potem w sięgające granic natężenie absurdu.

Tym, którzy nie znają, podrzucam:

Jesus Christ Action Figure

A swoją drogą pada tam hasło, które jest jedną z lepszych metafor współczesnego mieszania konsumpcji z duchowością:

"Cross not included!"

wtorek, 3 lutego 2009

Casanova w bamboszach?

Smażyłyśmy ostatnio naleśniki z koleżanką, było współlokatorką, świetną krytyczką. Kiedy już obsmarowałyśmy pewną część środowiska literackiego, rozmowa zeszła na poważniejsze tematy. Na starość.

Tak się złożyło, że niedawno weszłam w rolę "Ciotki Dobra Rada" i napisałam cykl artykułów poradnikowych dla internautów 50+ (serwis Onetu Przez pokolenia). Były tam porady, jak układać stosunki z wnukami, jak przygotować się do starości, jak realizować pasje na emeryturze. I był tam artykuł o seksie.

Nic perwersyjnego, najostrzejszym słowem, jakie się w nim pojawiło, była "erekcja". Udało mi się nawet - ku zaskoczeniu koleżanki - napisać tekst beż użycia słowa "penis". Było za to o czułości, miłości do partnera i do własnego, zmienionego przez czas, ciała.

A jednak rzecz czekała na publikację jakieś 5 dni. Jak na portal - to wieczność. Znajoma z Onetu napisała mi, że tekst był "odważny". Obgadując to z K. (jak Krytyczka), doszłyśmy do wniosku, że:
- taki sam artykuł traktujący o dwudziestolatkach poszedłby natychmiast
- odkrycie seksualności starszych ludzi jest dla społeczeństwa szokiem (tak jak szokujące było - i pewnie jest nadal - ujrzenie istoty seksualnej w dziecku)
- i że starszych ludzi w zaskakujący sposób infantylizuje się.

I tak jak trzeba było mentalnej rewolucji, żeby "uczłowieczyć" dzieci, tak trzeba jeszcze większych chyba zmian, żeby wyzwolić się od wizerunku babć i dziadków w bamboszach. A przecież obecni "seniorzy" (jak na przykład moja mama) odlegli są od takiego stereotypu jak od Australii.

Więc ja chętnie z Ciotki Dobra Rada przekształcę się w "ciotkę rewolucji" i zaproponuję jako pierwszą lekcję wywiad z Esther Vilar, dramatopisarką, autorką manifestu o starości.

A drugą lekcją niech będzie książka Isabel Allende "Afrodyta" (kupiłam, o dziwo, na wyprzedaży w Tesco). Rzecz o sztuce życia, smakach i afrodyzjakach, napisana przez pięćdziesięcioletnią chilijską pisarkę z pomocą jej... osiemdziesięcioletniej matki i siedemdziesięcioletniego zaprzyjaźnionego grafika.

Bo umówmy się, ostrygi do bamboszy nie za bardzo pasują...

poniedziałek, 2 lutego 2009

Gulasz z turula dla desperado

Ponieważ na skutek zaskakującego zbiegu okoliczności jakiś czas temu ze stanowiska redaktora wyewoluowałam (w tej samej firmie) na prowadzącą marketing placówki gastronomicznej, muszę sobie jakoś ubarwiać to dość egzotyczne dla mnie zajęcie.
Dziś na przykład układałam przykładowe menu, które stanowi content powstającej właśnie strony internetowej. Nieskromnie przyznam - choć może to był efekt postępującego przeziębienia i gorączki - że sama się pośmiałam z tej biurowej głupawki. Ale nikogo nie zmuszam...

PODSTRONA MENU

Marzysz o podróżach, ale nie możesz dostać urlopu? Nic straconego, w [tu nazwa placówki] każdego dnia możesz odbyć podróż… kulinarną. W ramach Kuchni świata oferujemy wybór egzotycznych potraw. Zamów – i w drogę!

Poniedziałek: dzień meksykański
Burito: 10 zł
Taco: 10 zł
Desperado: 10 zł

Wtorek: dzień włoski
Capo di spaghetti: 10 zł
Sałatka z frutti di mare boni macaroni: 10 zł
Smażone zielone pomidory: 10 zł

Środa: dzień węgierski
Gulasz z turula: 10 zł
Palinka bezalkoholowa: 10 zł
Red hot chili peppers: 10 zł

Czwartek: dzień chiński
Jaskółcze gniazda: 10 zł
Pies, który przewrócił wazon: 10 zł
Zielona herbata księżniczki o włosach jedwabnika: 10 zł

Piątek: dzień japoński
Sushi: 10 zł
Inne sushi: 12 zł
Zen sushi: zabrakło, prosimy czekać w spokoju

czwartek, 29 stycznia 2009

Bohaterka

Pewna kobieta znalazła przed wejściem do banku ogromną kwotę - zdaje się, że 20 tys. dolarów. Taką wiadomość usłyszałam dziś w radiu. Kobieta oddała całą kwotę na policji.

Pewnie ładnie byłoby napisac, że nikogo to nie powinno dziwić, że to zwykła postawa obywatelska, a nie news do radia. Problem w tym, że kobieta - i jej mąż - są bezrobotni. Na utrzymaniu mają czwórkę dzieci.

I w takim kontekście to, co zrobiła, jest dla mnie niczym innym jak bohaterstwem.

niedziela, 25 stycznia 2009

Kantata dla Agory

Proszę znaleźć dziesięć różnic:

"Twórczość Rubika w żadnym aspekcie nie jest materiałem, który mógłby zainteresować badacza muzycznej teraźniejszości. To hochsztaplerka, niestety, bardzo charakterystyczna dla naszych czasów. I niebezpieczna, bowiem kompozytorzy wszelkiej maści muzyki "lekkiej, łatwej i przyjemnej" coraz częściej zostają namaszczani przez media i wytwórnie płytowe na twórców muzyki poważnej, którym udaje się odnieść sukces komercyjny. Bzdura."

i

"Piotr Rubik to jeden z najpopularniejszych polskich kompozytorów muzyki instrumentalnej, teatralnej i filmowej. Jego koncerty gromadzą tłumy, a płyty sprzedają się jak "świeże bułeczki".

Oba cytaty pochodzą z "Gazety Wyborczej". Pierwszy to fragment artykułu Jacka Hawryluka "Publiczność chętnie da się nabrać” (GW nr 254 z 30.10.2006), wyjątkowo ostrej, nawet jak na standardy Gazety, krytyki kompozytora "sacro-disco". Drugi cytat jest reklamą "Wielkiej kolekcji" przebojów Piotra Rubika ukazującej się obecnie w... "Gazecie Wyborczej".

Niespełna dwa lata temu na łamach GW roiło się od artykułów wyszydzających Rubika. Dziennikarze - oprócz Hawryluka m.in. Handzlik i Sankowski - operowali określeniami typu: kicz, pioseneczka, badziewie, obciach, i stawiali kompozytora kantat w jednym szeregu z Dodą i Ich Troje. Trend był tak silny, że z moją ówczesną współlokatorką - jakkolwiek nie jesteśmy fankami Rubika - współczułyśmy artyście i zastanawiałyśmy się, komu musiał się narazić (lub jak lukratywny kontrakt podpisać), że aż tak obrywa od Agory.

Zakładam, że ów domniemany kontrakt został zerwany. Dziś to na Czerskiej wydawane są utwory Piotra Rubika. "Gazeta Wyborcza" strzeliła sobie wyjątkowo pięknego samobója, decydując się na ten muzyczny dodatek i "zapominając" o własnej nagonce sprzed półtora roku. Moje pierwsze przypuszczenie było takie: wykończona kryzysem Agora postanowiła podreperować sprzedaż, a więc pochlebia masowym gustom. Dziś jednak pomyślałam, że równie prawdopodobna jest druga hipoteza - medialny gigant inwestuje w Rubika, żeby wkrótce zażądać kantaty na własną cześć.

wtorek, 20 stycznia 2009

Ostateczny transport jedzenia

Przeglądałam dziś katalog zagranicznej firmy oferującej plastikowe pojemniki dla gastronomii. Termiczne pudełka do dostarczania jedzenia na wynos były zareklamowane następująco:

"Rozwiązanie zapewniające ostateczny transport".

Niby nic, pewnie kalka w tłumaczeniu, a jednak jakoś źle mi się kojarzy...

piątek, 16 stycznia 2009

Heil, Słoneczko! Odsłona druga

Ponieważ nadal siedzę w domu "na chorobowym", mam możliwość ciągłego - przez ścianę - uczestniczenia w życiu szalonej sąsiadki.

Ostatnio zauważyłam, że okrzyk "Heil Hitler!" pojawia się nie tylko rano, ale i o zmroku, przy zasłanianiu okna. Pomyślałam, że ani chybi jest on sprzężony z charakterystycznym ruchem, jaki wykonujemy przy zaciągniu zasłon - wyrzucania ręki przed siebie i w górę. Być może ruchem zaobserwowanym w jakimś historycznym filmie...

wtorek, 13 stycznia 2009

Prawdziwy czuły brutal

Machulski jest kobietą - przynajmniej sam użył podobnego porównania w którymś wywiadzie. Nie wypowiadam się, ale może coś jest na rzeczy, bo ostatnio mężczyznę potraktował nader niesprawiedliwie.

W filmie "Ile waży koń trojański?" są dwie świetne role - Danuty Szaflarskiej (czapki z głów i komentarze niepotrzebne) oraz Roberta Więckiewicza. Tego ostatniego jakoś nigdy nie zauważałam na ekranie - a szkoda. Wart jest tego stuprocentowo. Wyrazisty, plastyczny, pewnie tak samo sprawdzałby się w roli kochanka, księdza, homoseksualisty (którego zresztą grał w Rozmaitościach), co i męża-gbura.

Ale do rzeczy, bo właśnie o męża-gbura tu chodzi. Czytając recenzje, jeszcze przed pójściem do kina, wyobrażałam sobie, że bohaterka - Zosia - ucieka od eksa paranoika, wcielenia patriarchatu, co to bije ją i niechciane dziecko, a już na pewno nie pozwala wyjść z domu, że o pracy zawodowej nie wspomnę. Tak to wynikało z określeń "prymityw", "nierozumiejący", "gbur", chyba nawet "brutal".

Tymczasem zobaczyłam zupełnie normalnego mężczyznę, skrzywionego jedynie przez czasy, w jakich się wychował (czyli późnego Gierka i stan wojenny). Eks mąż Zosi jest dorobkiewiczem, cwaniaczkiem, który usiłuje zbić fortunę na interesach z cudzoziemcami. Nawet nie szemranych, po prostu prymitywnie prowadzonych. Zmysłu biznesowego to on nie ma, ale stara się.

Tak samo stara się kochać żonę. Dręczenie psychiczne? Jakie dręczenie?! Zosia pracuje w wymarzonym zawodzie psychologa, ma przyjaciół, chodzi na imprezy. Kiedy przed ważnym spotkaniem z kontrahentami w ostatniej chwili odmawi zrobienia obiadu, mąż - nie, nie bije jej i nie krzyczy. W idealnie asertywny sposób przedstawia jej swoje stanowisko: gdyby powiedziała wcześniej, sam by zrobił kolację. Ma pretensje, bo został na lodzie bez uprzedzenia.

A już wybitnie wzruszająca jest scena, kiedy ten brutal i prymityw szczerze cieszy się na wiadomość, że Zosia jest w ciąży. Tutaj też zresztą Machulski nie zapomniał mu dokopać - bo 13 lat później córka z niechęcią będzie utrzymywać kontakty z ojcem i zapragnie przybrać nazwisko ojczyma.

Żeby jednak nie było różowo - mąż zdradza Zosię. Nie do wybaczenia, wiem. Powody zdrad mogą być jednak różne - frustracja, niepewnośc, uzależnienie od seksu. Tak czy inaczej, nie jest to powód, żeby z satysfakcją szykować się na "puszczenie chłopa w skarpetkach", jak to robi Zosia i wyjątkowo sukowata pani adwokat (która zresztą pali papierosy w biurze!).

Odnoszę wrażenie, że jedyną "winą" eksa było to, że wyjątkowo się z Zosią nie dobrali. Ogień i woda, piękna i bestia. I - może idę za daleko - ale widzę w nim ogromne pragnienie miłości i zasłużenia na tę piekną, wyrafinowaną kobietę, którą zdobył. I mimo jego krzyków, gdy nerwy puszczają, widzę, że ma on w sobie więcej naturalnej mądrości i sprawiedliwości niż jego dyplomowana żona psycholog.

Zosia po rozwodzie wyszła w końcu za swojego sympatycznego, oczytanego scenarzystę. Co stało się z eskem? Właściwie nie wiemy. Może spotkał na swojej drodzę miłą kioskarkę albo biuściastą urzędniczkę bez pretensji? - tego mu szczerze życzę. Bo odnoszę wrażenie, że Machulski tak przejął się swoją animą, że zapomniał dopieścić w swoim filmie prawdziwego mężczyznę. Który - jak to czasem bywa z prawdziwymi mężczyznami - cholernie potrzebuje czułości i cholernie nie potrafi się dogadać.

czwartek, 8 stycznia 2009

Heil, Słoneczko!

Mam szaloną sąsiadkę. "Szalona" oznacza to, co oznacza: psychicznie chora. Ponieważ siedzę w domu, uziemiona przez chorobę, muszę uczestniczyć w życiu sąsiadki. Mamy akustyczny blok.

Sąsiadka co rano, tuż po przebudzeniu, a przed odsłonięciem zasłon, wydaje krótki, głośny, zdecydowany okrzyk. Zawsze ten sam. Przez kilka dni nie mogłam zrozumieć, co krzyczy. Dziś to odkryłam.

Okrzyk brzmi: "Heil Hitler!"

Ja wiem, to tragiczne, ale nie mogę się opanować, żeby nie myśleć, jaką wspaniałą postacią literacką czy filmową byłaby szalona para-nazistka, co rano krzycząca na cześć Hitlera. Co ona widzi w tzw. promieniach wschodzącego słońca?

czwartek, 1 stycznia 2009

Merry crisis!

Polskie miasta na organizację sywestrowych imprez wydały w tym roku 2 mln zł więcej niż w roku poprzednim. Na imprezach występowały "odgrzewane" gwiazdy w stylu Modern Talking, a chałtura wylewała się ze sceny (i z ekranu TV).

A w tym samym czasie na świecie szaleje kryzys (2009 ma być finansowo ciężki i dla Polski). W Krakowie szybki tramwaj ruszył dopiero po 30 latach, a korki jak były, tak są. Warszawa nie dorobiła się drugiej linii metra, że o stadionie nie wspomnę.
Zatem no comments.

A ja bawiłam się bardzo dobrze i dość oszczędnie w gronie bliskich przyjaciół, czego i wszystkim życzę.
Merry crisis!

Rodzina listem silna

Wydarzeniem mijającego tygodnia był list duszpasterski Episkopatu Polski, traktujący między innymi o in vitro. O liście usłyszałam jeszcze przed udaniem się na niedzielną mszę, od pana W., który z kolei usłyszał o tym od swojej mamy. Tego samego dnia informacje o biskupim przesłaniu znalazły się w telewizyjnych wiadomościach i na portalach internetowych, nazajutrz swoje komentarze zamieściły gazety. Jednym słowem - poruszenie.

Przypomnę w skrócie to, co wie każdy, kto żyje w Polsce, ma oczy i uszy. List - odczytany z okazji uroczystości Świętej Rodziny - oznajmiał, że metoda in vitro jest niezgodna z prawem Bożym, stanowi dowód konsumpcjonizmu i egoizmu rodziców pragnących dziecka wbrew swojemu przeznaczeniu. Biskupi pisali również o słabości rodziny gnębionej między innymi przez plagę rozwodów.

Dorzucę mały kamyczek do ciekawej dyskusji na łamach.

Na świecie żyje 3,5 mln dzieci narodzonych metodą in vitro. Dzieci molestowane seksualnie przez członka rodziny lub dobrego tej rodziny przyjaciela stanowią ok. 10 procent populacji. Kościół ignoruje ten temat - drastyczny i bolesny. Znam historię spowiedzi, podczas której dziewczyna wyznająca, że ma w rodzinie problem z nadużyciami seksualnymi , usłyszała tylko pytanie: "a czy doszło do naruszenia dziewictwa?". Na szczęście nie doszło. Ksiądz zakończył rozmowę. Tyle.

Rozwody to inna bajka. Jako córka rozwiedzionych rodziców jestem orędowniczką trwałości małżeństwa. Trudno jednak osiągnąć tę trwałość, gdy podczas tzw. nauk przedmałżeńskich więcej mówi się (gwoli uczciwości - słyszałam od znajomych, że to się jednak zmienia) o kalendarzyku, niż o sposobach rozwiązywania konfliktów i porozumiewania się bez agresji.

Skądinąd moja przyjaciółka, która nauki przedmałżeńskie odbyła w Paryżu (udzielał ich malowniczy, czarny jak heban ksiądz imigrant z Kongo - Francja ma problem z ilością powołań), wspomiała, że antykoncepcji poświęcone było jedno krótkie spotkanie. Ksiądz uważał, że ważniejsze jest, aby młodzi - zanim złożą przysięgę - uświadomili sobie, czy wyznają podobny system wartości i ustalili podział obowiązków domowych.

Nie twierdzę, że in vitro nie jest problemem do dyskusji. Wolałabym jednak, żeby zajęła się tym komisja do spraw bioetyki. I wolałabym też, aby Kościół nie piętnował ludzi szczęśliwych dzięki narodzinom wyczekanego dziecka. Jest wiele innych, trudnych i wymagających "białych plam", od których można zacząć uzdrawianie polskiej rodziny.