wtorek, 25 sierpnia 2009

Appendix

I proszę, życie dopisało komentarz do poprzedniego posta, bo taki oto link znalazłam na Facebooku:

Ukrainian ladies

To mnie jednak już nie śmieszy. Być może dlatego, że czytałam znakomitą książkę - reportaż z podróży po zakazanych miejscach byłego ZSRR: "Zagubionego kosmonautę" Daniela Kaldera. Wstrząsający jest fragment, który pokazuje naiwność, może interesowność, ale przede wszystkim wielką, przeważnie płonną nadzieję tych wschodnich "ladies".

I am a woman from Asia

Warszawa okazała się na tyle absorbująca, że ze zdziwieniem spostrzegłam datę ostatniego posta - dwa tygodnie temu! Ale ponieważ dziś też jestem zajęta swoimi około-literackimi projektami, to będzie głównie link, na który trafiłam przypadkiem, przeglądając strony o... projektowaniu graficznym. Tekst nie ma oczywiście nic wspólnego z projektowaniem, może tylko tyle, że strona, na której znalazłam odnośnik do niego, miała fajne logo. Bardzo proszę jednak wczytać się i ocenić:

Polish women

Mniejsza o charakterystykę "skinny, cook daily meals, never go out for guys and enjoys housework". Najbardziej zachwyciło mnie wprowadzające sformułownie: "women in Asia".

Czytałam niedawno na portalu Gazeta.pl artykuł o dziewczynie, która na staż do Polski przyjechała odziana w futra i z zapasami makaronu. Wśród komenatrzy pojawił się i taki: to nie myśmy powinni się wstydzić, że postrzegają nasz kraj jako zacofany, ale obcokrajowcy - że mają tak znikomą wiedzę o świecie.

Teoretycznie zgadzam się tym. W praktyce jednak nie mogę pozbyć się niesmaku, że jeśli pojawię się gdzieś w świecie, obyty w serwisach randkowych mężczyzna może wziąć mnie za "houswork-loving woman", żeby nie powiedzieć "tanią siłę roboczą".

Z drugiej strony, może też być rozczarowany, że nie jestem "skinny and thin" oraz "cannot cook daily meals". Ale to już mniej mnie obchodzi. Bo czy chciałabym w ogóle spojrzeć na mężczyznę, który dość spory kraj Europy Środkowej sytuuje "in Asia"?

wtorek, 11 sierpnia 2009

Oczyścić i posegregować

Przeglądając jeden z moich ulubionych serwisów, czyli Ngo.pl, natrafiłam na zaskakujące ogłoszenie o wolontariacie. Otóż jedno z łódzkich stowarzyszeń przygotowuje się do obchodów 65. rocznicy likwidacji getta. W związku z tym podjęło godną pochwały akcję monitoringu (i usuwania) rasistowskich napisów na ulicach Łodzi. Niestety, stowarzyszenie nie do końca przemyślało formułę, za pomocą której poinformowało o inicjatywie. Otóż ogłoszenie dla wolontariuszy projektu zaczyna się tak:

"Oczyśćmy Łódź przed obchodami 65. Rocznicy Likwidacji Litzmannstadt Ghetto - Łódź"...

... i tylko ten tytuł, bez dalszych wyjaśnień, widzi osoba odwiedzająca stronę Ngo.pl.

Nie muszę chyba dodawać, że zestawienie słów "getto" i "oczyścić miasto" brzmi fatalnie. Przypomina mi się natomiast inny laspus, popełniony przed laty przez władze Zabrza (opowiadali mi o nim znajomi). Otóż, kiedy na ulicach pojawiły się pierwsze kontenery na plastik, szkło i papier, akcję ekologiczną promowano odpowiednimi billboardami. Były one wymowne, choć dość ascetyczne. Poziomo biegł szeroki czarny pas, powyżej pas biały, a pomiędzy nimi, na środku, wielkimi czerwonymi literami wypisane było:

"Segregujmy!"

czwartek, 6 sierpnia 2009

Dzieci i starsi...

W drodze do pracy przeżyłam dwa olśnienia. Dwa olśnienia podczas półgodzinnej jazdy komunikacją miejską to sporo, dlatego się pochwalę. Pierwsze dotyczyło dzieci.

Kiedy pracowałam jak Au pair w Amsterdamie, usłyszałam od swojej „host mum” takie zdanie:
- Z dziećmi trzeba postępować jak z psami. Wyznaczasz zasady, nagradzasz, karzesz, proste.
Choć znam teorie behawioralne, zestawienie dzieci i psów jakoś trudno mi było zaakceptować. Aż do dzisiejszego ranka, kiedy to w metrze zobaczyłam zajawki programów „Animal Planet”:

8.00 – Najśmieszniejsze zwierzęta świata
8.30 – Moje dziecko
9.00 – Cudowne psy

I teoria Holenderki stała się jasna.

Drugie olśnienie dotyczyło seniorów. Otóż w tramwaju przyjrzałam się dokładniej reklamie magazynu „Super Senior”. Pod zdjęciem uśmiechniętych 70-latków był taki oto podpis:
„Przyślij przepis i zgarnij 50 zł”

Zazwyczaj określenie „zgarnąć pieniądze” stosuje się do dużych kwot. „Zgarnij miliony”. „Weź udział w konkursie i zgarnij 100 tys.!”.

Pisałam już tutaj o infantylizacji seniorów w naszym społeczeństwie. Reklama taka, jak „Super Seniora” to już nie tylko infantylizacja. Dla mnie to wyraz nie do końca świadomej pogardy, za którą stoi przekonanie, że seniorzy tak niewiele wymagają od życia, iż 50 zł wyda im się niebotyczną sumą do zgarnięcia.

niedziela, 2 sierpnia 2009

Warto było?

Nie sposób na początku sierpnia nie wspomnieć o rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego - zwłaszcza gdy chodzę po stolicy, gdzie obchody trwają niemal dwa tygodnie, a mieszkańcy tłumnie i z zaangażowaniem w nich uczestniczą.

Kiedy sama byłam w wieku powstańców, miałam zwyczaj co roku, na początku sierpnia, czytać "Ziele na kraterze" Wańkowicza, z pięknymi opisami młodych ludzi walczących za Warszawę, w tym Krysi, córki pisarza. Kiedy lata później odwiedziłam Muzeum Powstania Warszawskiego, ze wzruszeniem odkryłam na "ścianie pamięci" zdjęcie Krysi Wańkowiczówny.

Znałam też na pamięć powstańcze piosenki w rodzaju "Sanitariuszki Małgorzatki" czy "Marszu Mokotowa". Potrafiłam ze sporą dokładnością odtworzyć trasy kanałów w Śródmieściu i dość dobrze kojarzyłam powstańcze realia. Wiedziałam, co to "krowa" i czym było Radio Błyskawica. I oczywiście nie miałam najmniejszych wątpliwości, że "warto było" i że "też bym poszła".

Te wątpliwości pojawiły się z wiekiem, gdy nabrałam poważniejszej wiedzy historycznej. Równolegle z tym słowa "Sanitariuszki..." uleciały z mojej pamięci. Choć co roku staję na baczność 1 sierpnia o g. 17, to teraz raczej z szacunkiem i smutkiem niż z patriotycznym uniesieniem. I - jak Marcin Wojciechowski, autor felietonu z sobotniej "Wyborczej" - myślę, że lepiej się dzieje, kiedy mogę wyrażać patriotyzm w takich formach jak działalność społeczna czy płacenie podatków.

Oglądałam wczoraj retransmisję koncertu "Gajcy", w którym wystąpiły takie tuzy jak Dezerter czy Lech Janerka. Prowadząca, Agnieszka Szydłowska, nawiązała do słów uczestniczki powstania, oceniającej po latach: "warto było". - To chyba ucina dyskusje na temat tego, czy Powstanie było potrzebne - powiedziała Szydłowska.

Dla mnie nie ucina. Nadal nie mam odpowiedzi i myślę, że tej odpowiedzi nie będzie. Cieszy mnie jednak, że "patronem" tegorocznych obchodów jest Tadeusz Gajcy. Że na dziedzińcu Muzeum Powstania śpiewa się już nie "Sanitariuszkę Małgorzatkę" czy inne proste piosenki, które kiedyś zwyczajnie dodawały sił i pocieszały, a dziś kreują nieco komiksowy obraz Powstania jako "chryi z Niemcami". Dobrze, ze teraz sięgamy po Gajcego, który przekazał prawdziwszy, pesymistyczny i wcale niejednoznaczny obraz żołnierzy umierającej Warszawy.

Na plaży

Będąc ostatnio nad morzem miałam okazję przekonać się, jaki rezultat mają akcje "uświadamiające" Polaków względem profilaktyki i zdrowego trybu życia. Takie na przykład odchudzające i przeciwdziałające rakowi skóry.

Ceny w nadmorskich kurortach są zastraszające. O ile jednak rybkę z surówką można jeszcze znaleźć w w miarę normalnej (?), nieco niższej niż warszawska czy krakowska cenie, o tyle koszty deserów windowane są niebotycznie. Gofry z bitą śmietaną i borówkami kosztują 7,5 zł. Najdroższa wersja gofra, z nieco większym wyborem owoców, to prawie 10 zł. Lody "maczane" wychodzą jakieś 5 zł za małą porcję (n.b. nie dałam rady dojeść), przy czym, jak powiedziała pani w budce, prawie nikt nie bierze małej porcji "a panowie to proszą, żeby i dużej nałożyć im od serca".

Z koleżanką doszłyśmy do wniosku, że to nieprzypadkowe, bo ceny przecież kształtowane są przez popyt. I rzeczywiście, ilość otyłych wczasowiczów przewyższa nawet to, co dzieje się na ulicach Warszawy. Cukiernie są zatłoczone, a w spożywczym widziałam dużą panią z równie dużym synkiem - kupowali kiełbasę na grilla. Kiedy synek doniósł dwie paczki chipsów, pani bez wahania dodała je do koszyka. Po chwili jednak poważnie zastanowiła się:

- A wiesz, może wezmę jeszcze paczkę delicji. Tylko jakie, pomarańczowe czy wiśniowe?

Akcji społecznych promujących odchudzanie jest w polskich mediach wiele i teraz - wychowana wśród szczupłych owocożerców - zrozumiałam już, dlaczego. Ale pomyślałam o jednym: taka "Gazeta Wyborcza"chwalebnie trudzi się, żeby cyklem "Polacy, odWagi!" zmienić nawyki żywieniowe rodaków. Tyle że niestety - wśród kurortowych gości nie widziałam ani jednej osoby z "Wyborczą" pod pachą. Nawet w sobotę.

A czerniak? Cóż, pewnego dnia powiedziałam do kolegi, ze chyba pójdę szukać sobie miejsca na plaży między godz. 11 a 14. Trudno, słońce pali, ale pewnie wszyscy uciekają w cień, bo przecież wiadomo, że wtedy nie powinno się opalać.
Spojrzał jak na idiotkę.

- Żartujesz?! Między 11 a 14 jest właśnie najwięcej ludzi!

sobota, 1 sierpnia 2009

Jeszcze dalej niż...

Przypomniał mi się niedawno francuski film "Jeszcze dalej niż północ". Dla tych, którzy nie widzieli - to historia szefa poczty, który za głupie przewinienie zostaje "zesłany" z Paryża na placówkę na północy kraju. Oczywiście, zamiast stereotypowego chamstwa i prostactwa, spotyka się tam z życzliwością mieszkańców, a nawet pomaga w rozwinięciu historii miłosnej. Najzabawniejsze jednak, że przyjaciele z Paryża nie mogą w to uwierzyć - specjalnie dla nich odgrywa więc komedię ze stanami przeddepresyjnymi spowodowanymi życiem w północnej, robotniczej osadzie.

Spędziłam niedawno weekend w Krakowie. Oczywiście, znajomi i przyjaciele zarzucili mnie pytaniami, jak jest w tej Warszawie.

- No wiesz, dobrze. Praca bez zarzutu, super mi się układa, miasto duże ale da się przyzwyczaić, wynajęłam pokój w fajnej dzielnicy...
- ?
- Ludzie przyjemniejsi niż pięć lat temu, nie ma już takiego chamstwa na ulicach, na co dzień "proszę, dziękuję, przepraszam"...
- ???
- Jedyny problem to ceny, bo jest strasznie drogo. W sumie na razie nie stać mnie za wiele. No i te odległości, czasem jak wracam po całym dniu to jestem tak zmęczona, że padam na łóżko. No i jest trochę wsi, jasne, jak to w stolicy. Wiesz, łysi, przekleństwa, raz widziałam nawet krew na ulicy.
- Aaaa, jasne!

I tu się zaczynała prawdziwa rozmowa. Że ceny, że się nie da wyżyć, że korporacje wyciskają człowieka do ostatniej krwi, że nie ma czasu dla siebie, że robią papkę z mózgu.

Nie pracuję w korporacji, nikt mi papki nie robi. W pracy zajmuję się dokładnie tym, czym chciałabym się zajmować, gdybym nie musiała zarabiać. Po 17 mam czas dla siebie. Znalazłam więc basen na Żoliborzu - najfajniejszej jak dla mnie dzielnicy Warszawy, gdzie wynajęłam przyjemny pokój. Bywa trudno z aklimatyzacją, ale jestem tu dopiero trzy tygodnie.

Żeby podtrzymać rozmowę skupiłam się jednak na odległościach i wieczornych pijatykach w Ogrodzie Saskim. Wiadomo, pogadać ze znajomymi trzeba. Zwłaszcza gdy przyjeżdża się tylko na weekend, mieszkając na co dzień dalej niż... krakowska przyzwoitość nakazuje;)