wtorek, 13 stycznia 2009

Prawdziwy czuły brutal

Machulski jest kobietą - przynajmniej sam użył podobnego porównania w którymś wywiadzie. Nie wypowiadam się, ale może coś jest na rzeczy, bo ostatnio mężczyznę potraktował nader niesprawiedliwie.

W filmie "Ile waży koń trojański?" są dwie świetne role - Danuty Szaflarskiej (czapki z głów i komentarze niepotrzebne) oraz Roberta Więckiewicza. Tego ostatniego jakoś nigdy nie zauważałam na ekranie - a szkoda. Wart jest tego stuprocentowo. Wyrazisty, plastyczny, pewnie tak samo sprawdzałby się w roli kochanka, księdza, homoseksualisty (którego zresztą grał w Rozmaitościach), co i męża-gbura.

Ale do rzeczy, bo właśnie o męża-gbura tu chodzi. Czytając recenzje, jeszcze przed pójściem do kina, wyobrażałam sobie, że bohaterka - Zosia - ucieka od eksa paranoika, wcielenia patriarchatu, co to bije ją i niechciane dziecko, a już na pewno nie pozwala wyjść z domu, że o pracy zawodowej nie wspomnę. Tak to wynikało z określeń "prymityw", "nierozumiejący", "gbur", chyba nawet "brutal".

Tymczasem zobaczyłam zupełnie normalnego mężczyznę, skrzywionego jedynie przez czasy, w jakich się wychował (czyli późnego Gierka i stan wojenny). Eks mąż Zosi jest dorobkiewiczem, cwaniaczkiem, który usiłuje zbić fortunę na interesach z cudzoziemcami. Nawet nie szemranych, po prostu prymitywnie prowadzonych. Zmysłu biznesowego to on nie ma, ale stara się.

Tak samo stara się kochać żonę. Dręczenie psychiczne? Jakie dręczenie?! Zosia pracuje w wymarzonym zawodzie psychologa, ma przyjaciół, chodzi na imprezy. Kiedy przed ważnym spotkaniem z kontrahentami w ostatniej chwili odmawi zrobienia obiadu, mąż - nie, nie bije jej i nie krzyczy. W idealnie asertywny sposób przedstawia jej swoje stanowisko: gdyby powiedziała wcześniej, sam by zrobił kolację. Ma pretensje, bo został na lodzie bez uprzedzenia.

A już wybitnie wzruszająca jest scena, kiedy ten brutal i prymityw szczerze cieszy się na wiadomość, że Zosia jest w ciąży. Tutaj też zresztą Machulski nie zapomniał mu dokopać - bo 13 lat później córka z niechęcią będzie utrzymywać kontakty z ojcem i zapragnie przybrać nazwisko ojczyma.

Żeby jednak nie było różowo - mąż zdradza Zosię. Nie do wybaczenia, wiem. Powody zdrad mogą być jednak różne - frustracja, niepewnośc, uzależnienie od seksu. Tak czy inaczej, nie jest to powód, żeby z satysfakcją szykować się na "puszczenie chłopa w skarpetkach", jak to robi Zosia i wyjątkowo sukowata pani adwokat (która zresztą pali papierosy w biurze!).

Odnoszę wrażenie, że jedyną "winą" eksa było to, że wyjątkowo się z Zosią nie dobrali. Ogień i woda, piękna i bestia. I - może idę za daleko - ale widzę w nim ogromne pragnienie miłości i zasłużenia na tę piekną, wyrafinowaną kobietę, którą zdobył. I mimo jego krzyków, gdy nerwy puszczają, widzę, że ma on w sobie więcej naturalnej mądrości i sprawiedliwości niż jego dyplomowana żona psycholog.

Zosia po rozwodzie wyszła w końcu za swojego sympatycznego, oczytanego scenarzystę. Co stało się z eskem? Właściwie nie wiemy. Może spotkał na swojej drodzę miłą kioskarkę albo biuściastą urzędniczkę bez pretensji? - tego mu szczerze życzę. Bo odnoszę wrażenie, że Machulski tak przejął się swoją animą, że zapomniał dopieścić w swoim filmie prawdziwego mężczyznę. Który - jak to czasem bywa z prawdziwymi mężczyznami - cholernie potrzebuje czułości i cholernie nie potrafi się dogadać.

czwartek, 8 stycznia 2009

Heil, Słoneczko!

Mam szaloną sąsiadkę. "Szalona" oznacza to, co oznacza: psychicznie chora. Ponieważ siedzę w domu, uziemiona przez chorobę, muszę uczestniczyć w życiu sąsiadki. Mamy akustyczny blok.

Sąsiadka co rano, tuż po przebudzeniu, a przed odsłonięciem zasłon, wydaje krótki, głośny, zdecydowany okrzyk. Zawsze ten sam. Przez kilka dni nie mogłam zrozumieć, co krzyczy. Dziś to odkryłam.

Okrzyk brzmi: "Heil Hitler!"

Ja wiem, to tragiczne, ale nie mogę się opanować, żeby nie myśleć, jaką wspaniałą postacią literacką czy filmową byłaby szalona para-nazistka, co rano krzycząca na cześć Hitlera. Co ona widzi w tzw. promieniach wschodzącego słońca?

czwartek, 1 stycznia 2009

Merry crisis!

Polskie miasta na organizację sywestrowych imprez wydały w tym roku 2 mln zł więcej niż w roku poprzednim. Na imprezach występowały "odgrzewane" gwiazdy w stylu Modern Talking, a chałtura wylewała się ze sceny (i z ekranu TV).

A w tym samym czasie na świecie szaleje kryzys (2009 ma być finansowo ciężki i dla Polski). W Krakowie szybki tramwaj ruszył dopiero po 30 latach, a korki jak były, tak są. Warszawa nie dorobiła się drugiej linii metra, że o stadionie nie wspomnę.
Zatem no comments.

A ja bawiłam się bardzo dobrze i dość oszczędnie w gronie bliskich przyjaciół, czego i wszystkim życzę.
Merry crisis!

Rodzina listem silna

Wydarzeniem mijającego tygodnia był list duszpasterski Episkopatu Polski, traktujący między innymi o in vitro. O liście usłyszałam jeszcze przed udaniem się na niedzielną mszę, od pana W., który z kolei usłyszał o tym od swojej mamy. Tego samego dnia informacje o biskupim przesłaniu znalazły się w telewizyjnych wiadomościach i na portalach internetowych, nazajutrz swoje komentarze zamieściły gazety. Jednym słowem - poruszenie.

Przypomnę w skrócie to, co wie każdy, kto żyje w Polsce, ma oczy i uszy. List - odczytany z okazji uroczystości Świętej Rodziny - oznajmiał, że metoda in vitro jest niezgodna z prawem Bożym, stanowi dowód konsumpcjonizmu i egoizmu rodziców pragnących dziecka wbrew swojemu przeznaczeniu. Biskupi pisali również o słabości rodziny gnębionej między innymi przez plagę rozwodów.

Dorzucę mały kamyczek do ciekawej dyskusji na łamach.

Na świecie żyje 3,5 mln dzieci narodzonych metodą in vitro. Dzieci molestowane seksualnie przez członka rodziny lub dobrego tej rodziny przyjaciela stanowią ok. 10 procent populacji. Kościół ignoruje ten temat - drastyczny i bolesny. Znam historię spowiedzi, podczas której dziewczyna wyznająca, że ma w rodzinie problem z nadużyciami seksualnymi , usłyszała tylko pytanie: "a czy doszło do naruszenia dziewictwa?". Na szczęście nie doszło. Ksiądz zakończył rozmowę. Tyle.

Rozwody to inna bajka. Jako córka rozwiedzionych rodziców jestem orędowniczką trwałości małżeństwa. Trudno jednak osiągnąć tę trwałość, gdy podczas tzw. nauk przedmałżeńskich więcej mówi się (gwoli uczciwości - słyszałam od znajomych, że to się jednak zmienia) o kalendarzyku, niż o sposobach rozwiązywania konfliktów i porozumiewania się bez agresji.

Skądinąd moja przyjaciółka, która nauki przedmałżeńskie odbyła w Paryżu (udzielał ich malowniczy, czarny jak heban ksiądz imigrant z Kongo - Francja ma problem z ilością powołań), wspomiała, że antykoncepcji poświęcone było jedno krótkie spotkanie. Ksiądz uważał, że ważniejsze jest, aby młodzi - zanim złożą przysięgę - uświadomili sobie, czy wyznają podobny system wartości i ustalili podział obowiązków domowych.

Nie twierdzę, że in vitro nie jest problemem do dyskusji. Wolałabym jednak, żeby zajęła się tym komisja do spraw bioetyki. I wolałabym też, aby Kościół nie piętnował ludzi szczęśliwych dzięki narodzinom wyczekanego dziecka. Jest wiele innych, trudnych i wymagających "białych plam", od których można zacząć uzdrawianie polskiej rodziny.

sobota, 27 grudnia 2008

Piątkowa kolacja z mięskiem

Bardzo sympatyczna reklama leci w telewzji. Zobaczyłam ją podczas Świąt, bo wizyty w domu rodzinnym - jako zadeklarowana nieposiadaczka telewizora - wykorzystuję jako okazje do przyspieszonego kursu znajomości tego, co na ekranie.


Reklama wygląda tak: czterech facetów pedałuje na rowerkach stacjonarnych. Umawiają się na spotkanie, ale coś im nie wychodzi. A to jeden pracuje w niedzielę, a to drugi w sobotę nie rusza się z domu. Trzeci nie znajduje chętnych na piątkową kolację z mięskiem, a czwarty przekazuje zaproszenie od zony. Kiedy się ubierają, widać, ze to czterech kapłanów róznych religii. Udaje im się wreszcie ustalić spotkanie na neutralny czwartek. Na oglądanie telewizji, a ściślej: Religia TV.


Prościutkie, ale przyjemnie. Przypomina mi to jedną z ciekawszych Wigilii w moim zyciu. Pracowałam wtedy jako au pair w Holandii i zostałam zaproszona do domu rodzinnego mojej host mum. Podano pyszną kolację - z mięsem. Przesympatyczna atmosfera, prezenty. W pewnym momencie zapytano mnie, czy jestem katoliczką. Odparłam, że tak. Obok mnie siedział żyd, dalej ateista, pani domu - matka host mum - była buddystką.


Wtedy pierwszy - i jedyny - raz poczułam, że mówiąc o wyznaniu po prostu stwierdzam fakt. Bo w Polsce, w zalezności od środowiska, stwierdzenie "jestem katoliczką", to poważna deklaracja. Stawia po jednej ze stron barykady. Albo jesteś z nami, przeciw szatańskim, niewierzącym masom, albo przeciw nam - jako obywatelka ciemnogrodu. Tam nie było takich konotacji: padło zwykłe pytanie i zwykła odpowiedź.

Brakuje mi w kraju takiego luzu, bycia razem bez religijnych deklaracji i wzajemnego stroszenia się. Mam takie życzenie świąteczne, bardzo naiwne w gruncie rzeczy: żeby żyd, katolik, protestant, prawosławny - a także buddysta, muzułmanin i ateista - mogli tak po prostu spotkać się na miłej towarzyskiej imprezie. Nawet jeśli miałoby to być - a niech tam! - wspólne oglądanie telewizji.


sobota, 13 grudnia 2008

Mamma Mia w Krakowie

Parę dni temu wybrałam się rowerem na basen. Wypadło mi, że powinnam przejechać przez Park Jordana, nawiasem mówiąc, jak usłyszałam w mojej macierzystej lokalnej (więc chyba wiedzą, co mówią) gazecie, jeden z trzech (tylko!) parków w Krakowie.
Park Jordana to jeden z najpopularniejszych terenów rekreacyjnych miasta - szczególnie dla dzieci. Przy wejściu od Alei 3 Maja jest nawet kawiarenka, w której organizowane są wystawy dziecięcych rysunków. Ja jednak chciałam wjechać drugą bramą, od strony ul. Reymonta.
Jak się okazało, żeby w ten sposób dostać się do parku, trzeba pokonać trzy sporej wielkości stopnie. Mój rower sobie z tym poradził, ale jak poradziłby sobie wózek dziecięcy? Albo wózek inwalidzki?
Parę lat temu warszawska fundacja MaMa zorganizowała akcję "O Mamma Mia! Tu wózkiem nie wjadę", przeciw takim właśnie kwiatkom architektonicznym. To co, Krakowie do dzieła?

piątek, 5 grudnia 2008

You shall not pass!

Na fali kryzysu emocjonalnego (nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, wszyscy znajomi są zajęci wieczorami...) postanowiłam zalogować się w jakimś sypmatycznym serwisie, gdzie będę mogła poznać miłych ludzi. Na wyjazd i na gadanie.
Wybrałam serwis Przeznaczeni.pl reklamujący się jako "serwis ludzi z wartościami". Same plusy. Wartości uważam za potrzebne w życiu. Użytkownikami serwisu generalnie są ludzie o śwatopoglądzie katolickim, ale bez ortodoksji. Poza tym płaci się tam za pełną rejestrację, co daje gwarancję, że głupstw i obsceny nie będzie. Nie znam nikogo, kto chciałby zapłacić 100 zł za - powiedzmy - prezentację w internecie swojego członka. W dobie kryzysu i ekshibicjonizm ma granice.
Zresztą serwis jest porządnie moderowany. Kliknęłam więc i weszłam na stronę rejestracji. I tu zaskoczenie: aby stać się członkiem społeczności, trzeba - oprócz podania swoich danych - odpowiedzieć na kilka pytań.

"Czy szanujesz nauczanie Kościoła dotyczące aborcji i ochrony życia poczętego?"
"Czy szanujesz nauczanie Kościoła dotyczące antykoncepcji?"
"Czy szanujesz nauczanie Kościoła dotyczące czystości przedmałżeńskiej?"

Zaskoczył mnie taki zestaw pytań. W końcu wartości jest o wiele więcej. Dlaczego nie zapytać "Czy płacisz podatki?", "Czy nie jeździsz samochodem po pijanemu?" "Czy uczciwie pracujesz na rzecz tego, kto ci daje pensję, a nie surfujesz po internecie w godzinach 8-16?". Chętnie dowiedziałabym się, co na ten temat myśli osoba, którą mam poznać.

Zamiast tego czekało mnie jednak kolejne zaskoczenie, czyli zbiór odpowiedzi: szanuję - nie szanuję - nie mam zdania.

Zastanowiłam się chwilę. Najchętniej bym zaznaczyła "szanuję, ale nie podzielam" lub "szanuję, w niektórych przypadkach podzielam, ale w innych - chętnie bym podyskutowała". Niestety, opcja, w której ktoś z szacunkiem odniesie do poglądów odmiennych niż własne, nie została przewidziana. Ponieważ nie chciałam robić z siebie oportunistki, a przy okazji kłamać, że nie mam zdania (bo mam), zaznaczyłam - niechętnie, bo też nie odpowiada to prawdzie, ale wydało mi, że w ten sposób zinterpretowaliby moje słowa autorzy pytań - "nie szanuję".

I tu niespodzianka. Taka odpowiedź nie pozwala mi na rejestrację w serwisie Przeznaczeni.pl. Brak zdania byłby dopuszczalny, konkretna, uczciwa odpowiedź - już nie. Pytania, a szczególnie zaproponowane odpowiedzi pokazały mi, że nie mam czego szukać w sferze ludzi z wartościami.

Podkuliłam ogon. Pomyślałam, że chyba teraz muszę szukać głębszych uczuć znajomych w popularnych serwisach towarzysko-randkowych, których - i to akurat jest pełna prawda - nie szanuję.